Strona główna Po pracy Najdroższy napis kredą jaki widziałem

Najdroższy napis kredą jaki widziałem

0
151

Ostatnio mój blog przeżywał niezwykłe oblężenie. Ale nie czytelników, o nie, nic z tych rzeczy. Oblężenie maili z roszczeniami dotyczącymi praw autorskich. Na szczęście wygląda na to, że udało mi się wyjść z tego wszystkiego obronną ręką. W dzisiejszym wpisie chciałbym krótko opisać, co się właściwie wydarzyło i czego mnie ta historia nauczyła.

Mój blog zawiera ponad 1300 obrazków. W przeważającej części mojego autorstwa – zdjęcia, proste grafiki i różne rysunki. Pozostałe dodawałem w naiwnym przekonaniu, że robię wszystko tak jak trzeba.

A jak sądziłem, że trzeba? Gdy pisałem o jakimś temacie, wyszukiwałem odpowiednie ilustracje w Grafice Google, korzystając z filtra „Licencja Creative Commons”. Byłem przekonany, że skoro obrazek pojawia się po zastosowaniu takiego filtra, a mój blog jest całkowicie niekomercyjny, to mogę go wykorzystać pod warunkiem podania autora.

Jak się później okazało, było to bardzo naiwne założenie.

Copytrack

Pewnego dnia otrzymałem mail od firmy Copytrack z żądaniem przedstawienia licencji na obrazek przedstawiający napis „E=mc²” wykonany kredą na tablicy. W przypadku jej braku oczekiwali zapłaty około 1200 złotych.

Przyznam, że mocno mnie to zaskoczyło. Po pierwsze byłem przekonany, że nie używam obrazków bez odpowiedniej licencji. Po drugie sam obraz był tak prosty, jak tylko można sobie wyobrazić – zwykły napis kredą na tablicy. Gdy wpiszemy w Google „E=mc²”, pojawiają się dziesiątki podobnych grafik. Nawet po zawężeniu wyników do licencji Creative Commons nadal jest ich wystarczająco dużo, żeby sobie coś wybrać.
Roszczenia byłyby może bardziej zrozumiałe, gdyby było to dzieło o jakiejkolwiek wartości artystycznej. Ale nie – napis kredą i 1200 złotych.

E=mc^2 – do wyboru do koloru

Jak każdy zdrowo myślący Polak poszedłem po poradę do prawnika. Wróć… do Chata GPT.

Ten wyjaśnił mi obszernie mechanizm działania ego typu firm i pomógł mi przygotować odpowiedź, w której poprosiłem między innymi o przedstawienie dokumentów potwierdzających prawa do tego konkretnego zdjęcia oraz wyjaśnienie, skąd wynika kwota kilkuset euro za wykorzystanie obrazka, który na stockach kosztuje ułamek tej sumy.

Korespondencja trwała jeszcze kilka wiadomości, ale ostatecznie Copytrack dał sobie spokój.

Pierwszy mail od Copytracka

PAP

Po pewnym czasie dostałem kolejne pismo. Tym razem od Polskiej Agencji Prasowej SA w likwidacji.

Tutaj sprawa wyglądała inaczej. Zdjęcie rzeczywiście przedstawiało Ryszarda Petru podczas konferencji prasowej i ilustrowało wpis dotyczący „planu naprawczego”. Swego czasu wyszukałem je w Google, ponownie korzystając z filtra Creative Commons, i bez głębszego zastanowienia wykorzystałem na blogu.

Tym razem roszczenie było dla mnie bardziej zrozumiałe. Kwota również wynosiła około tysiąca dwustu złotych, z niewielką zniżką za szybką zapłatę.

Natychmiast usunąłem zdjęcie z bloga, przeprosiłem za sytuację i wyjaśniłem, że blog jest całkowicie niekomercyjny. Nie tylko nic na nim nie zarabiam, ale wręcz dokładam do niego własny czas i pieniądze. Poprosiłem również o odstąpienie od roszczeń.

Od tamtej pory minęło już kilka tygodni i nie otrzymałem żadnej odpowiedzi. Mam więc nadzieję, że sprawa została uznana za zakończoną.

Wielkie sprzątanie

Po tej drugiej historii postanowiłem poważniej podejść do całej sprawy. Przede wszystkim podobne sytuacje bardzo szarpią mi nerwy. Nie lubię takich spraw. Nie chcę także krzywdzić autorów dzieł, które nieświadomie piracę.

Napisałem skrypt, który pobrał wszystkie obrazy z bloga. Następnie przejrzałem je jeden po drugim i w przypadku najmniejszych wątpliwości wymieniłem na grafikę generowaną przez AI.

W ten sposób wymieniłem około 140 obrazów.

Nie chciałem każdego z nich sprawdzać, czy aby na pewno jest to obraz spiracony czy nie. Po prostu – najmniejsza wątpliwość i konwersja na „AI-generated”.

Od tej pory nie zamierzam już korzystać z obrazków znalezionych w internecie, jeśli nie będę miał absolutnej pewności, że mogę ich użyć.

Czego mnie to nauczyło?

Przede wszystkim tego, że filtrowanie obrazów według licencji w Google nie daje żadnej gwarancji bezpieczeństwa. Ja zaufałem temu mechanizmowi i był to błąd.

Druga rzecz to korespondencja z firmami dochodzącymi roszczeń z tytułu praw autorskich. W moim przypadku odniosłem wrażenie, że pierwsze pisma były sformułowane w sposób mający wywrzeć presję na szybkie uregulowanie żądanej kwoty. Warto jednak zachować spokój, odpowiadać rzeczowo i prosić o przedstawienie dokumentów potwierdzających roszczenia oraz sposobu wyliczenia żądanej kwoty. Przynajmniej w moim przypadku przyniosło to skutek.

Najważniejsza lekcja jest jednak inna.

Nie chciałem nikogo okradać ani świadomie naruszać cudzych praw autorskich. Byłem przekonany, że postępuję zgodnie z zasadami. Okazało się, że przekonanie to nie miało większego znaczenia. Nieznajomość prawa nie chroni przed odpowiedzialnością, a narzędzia, którym ufałem, okazały się tak pomocne jak swego czasu sąsiedzi na Wołyniu.

I mam nadzieję, że to już koniec moich przygód z prawami autorskimi…

…do czasu, aż AI stwierdzi, że naruszam JEGO prawa.

5 1 głos
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
0
Chętnie poznam Twoje przemyślenia, skomentuj.x