Jak dotąd wieści o śmierci znanego piosenkarza, aktora czy innej publicznie znanej osoby nie robiły na mnie większego wrażenia. Nie rozumiałem, niekiedy mocno widocznej, rozpaczy innych ludzi. Stałem – i dotąd stoję – na stanowisku, że to nie tych zmarłych twórców powinniśmy żałować, lecz siebie.
Twórca będzie żył wiecznie. W klatkach filmu, w którym brał udział, czy piosence, którą śpiewał. Swoim talentem będzie cieszył nas i potomnych długo po tym jak sami odejdziemy.
Dlaczego powinniśmy żałować siebie? Powiem na swoim przykładzie. Mnie pamiętać będzie garstka najbliższych i to tylko przez jakiś czas. Potem stanę się jednym z bezimiennych, którzy współtworzyli ten świat.
Ale taka jest kolej rzeczy. Nie ma na to rady – choć próbuję, choćby nieudolnie, na przykład pisząc tego bloga.
Dziś dowiedziałem się jednak o śmierci, która wprawiła mnie w smutny nastrój. Zginął nauczyciel mojej młodszej córki. Nauczyciel fizyki, Bartosz Halman. Młody człowiek, z którym nigdy się nie widziałem. Znałem go z maili, które do siebie kilkukrotnie pisaliśmy, a także opowieści córki. I mimo, że nie był mi nikim bliskim, to smucę się, bo był to jeden z nielicznych ludzi, którzy starali się pokonać bylejakość tego świata. Był świetnym, zaangażowanym nauczycielem. Lubił dzieci, lubił je uczyć i umiał to robić. Starał się i wychodziło mu.
Chciałem zakończyć pisząc, że najbardziej szkoda nie tych znanych, bo tych zastąpią inni. Najbardziej szkoda ludzi, którzy codziennie, nie afiszując się sprawiają, że świat staje się choć odrobinę lepszy. Bo po ich odejściu zostaje miejsce, którego bardzo trudno nie zauważyć.
A jednak ten nauczyciel zostanie w swoich uczniach: w sposobie, w jaki patrzą na świat, w odrobinie ciekawości, którą w nich obudził, w przekonaniu, że warto się starać. Ktoś dzięki niemu wybierze studia, ktoś nauczy własne dzieci cierpliwości, ktoś inny sam zostanie nauczycielem. Tego nie da się wpisać do rodzinnego drzewa ani wyryć na nagrobku, ale to też jest rodzaj nieśmiertelności.
Ten wpis jest dowodem, że Bartosz Halman zmienił także cząstkę mnie. A teraz ten wpis, być może, zmieni troszkę Ciebie. Czy to nie najlepsze epitafium?










–CENZURA–
Ten artykuł miał ocalić pamięć Bartosza przed powodzią bylejakości. Nie chcę by jedynym komentarzem był właśnie taki „bylejaki”: oparty na plotkach, domysłach i pomówieniach, napisany w sposób zjadliwy i agresywny.
Nigdy nie cenzurowałem komentarzy, nawet niewygodnych, ale celnych i na temat. Twój po prostu taki nie jest.