Good job, great job!

0
63

Włosów na mojej siwej głowie by nie starczyło, gdybym wyrywał jeden ilekroć wychodzę z „mitingu” na któym było dużo gadania, z którego nic nie wynika. A najlepsze/najgorsze, zależy jak patrzeć, jest końcowe poklepywanie się po pupach za „dobrze wykonaną robotę” – czyli w tłumaczeniu na język podwładnych:

„czas zmarnowany na głoszenie nudnych przemówień, prowadzonych w nudny sposób i traktujących o nudnych, nikogo nie interesujących, sprawach, które jednak management (od poziomu średniego wzwyż) uznał za tak ważne, że trzeba teraz spędzić cały dział żeby ich wysłuchał”.

Trochę przydługie to tłumaczenie, skrócę je więc. Może na takie: „zmarnowany czas”.

A przecież nie musi tak być. Czas, który zajęło spotkanie, mierzymy mnożąc jego czas przez ilość uczestników. Dla czterdziestoosobowego działu godzinne spotkanie oznacza cały tydzień pracy jednej osoby. Lekką rączką możemy zatem powiedzieć, że jedna średnia krajowa została wydana na takie skromne spotkanie.

Od organizatorów zależy, czy ta średnia została wydana dobrze, czy też wyrzucona w błoto. Weźmy typowe comiesięczne spotkanie organizowane przez zarząd w celu poinformowania pracowników o stanie firmy, planach itp.

Przede wszystkim – dlaczego komukolwiek miałoby zależeć, żeby uczestnictwo było obowiązkowe? Oprócz oczywiście kierowników poszczególnych działów, którzy mają dziwne przeświadczenie, że jeżeli ich pracownicy stawią się tłumnie na spotkaniu, to oznacza że mają dobrego menadżera.

Spotkanie takie powinno być opcjonalne i jasno powinno się powiedzieć – „TO DLA CHĘTNYCH! Masz ochotę, przyjdź, dowiesz się czegoś ciekawego. Nie masz ochoty, pracuj sobie w spokoju, dziękujemy za Twój wkład w rozwój firmy!”.

„Przyjdź, dowiesz się czegoś ciekawego” – to drugi grzech popełniany na takich „iwentach”. Aby prelekcja była ciekawa, trzeba wiedzieć co się prezentuje i DLA KOGO się prezentuje. Spędzając na spotkanie wszystkich jak leci, i księgowość, i inżynierów i HRy i kogo tam jeszcze mamy, musimy mówić dla wszystkich. A to niesłychanie trudne – spróbuj powiedzieć o finansach tak, żeby księgowość się nie nudziła, a programiści zrozumieli. Ale po co, skoro obojętnie jak to powiesz, przełożony pogłaszcze i stwierdzi „good job!”.

Dlaczego w ogóle takie spotkania są organizowane? Podejrzewam, że to wygląda tak:

Sinior Menadżment zauważa, że ludzie narzekają na słabą jakość komunikacji pionowej. Zwołane zostaje spotkanie na którym poruszany jest problem. Znajduje się na nim idealne rozwiązanie – zagońmy wszystkich na spotkanie z którego może i nic się nie dowiedzą, ale za to będą mieli poczucie straconego czasu.

Ale, ale – pyta ktoś na spotkaniu – ale co jeżeli się okaże, że to nie jest rozwiązanie problemu? Że nie umiemy zaprezentować informacji w sposób zrozumiały i przejrzysty?

Riposta na to będzie natychmiastowa – robimy spotkanie obowiązkowe. Albo jeszcze lepiej – mówi kolejny siioł – opcjonalne, ale z mocną sugestią dla middle-managierów, że dział, którego nie będzie, nie dostanie uśmiechu prezesa.

Ciekawe, czy przez jedną głowę przechodzi choćby chwilowa refleksja, że to nie tak powinno wyglądać? Ale to chyba czołowa właściwość manadżerów – jest jakiś problem? JA znajdę rozwiązanie. Nie pasuje ci moje rozwiązanie? Nie ma takiej opcji, DAŁEM ci rozwiązanie, i to JEST rozwiązanie TWOICH problemów.

Nie chce mi się dalej pisać. To takie przykre. Ludzie, którzy mają władzę, dochodzą do niej nie tak jak powinni.

Władzę zdobywa się nie przez umiejętności, a przynajmniej nie przez umiejętności które służą później ludziom, którymi „władasz” (bo przecież nie „dowodzisz”, jak tu dowodzić plebsem, którym się brzydzisz?). Zdobywasz ją dzięki pięknej angielszczyźnie, którą możesz przykryć wszystkie swoje braki. Dzięki żelaznej woli, która pozwala ci wspiąć się wyżej na plecach ewentualnych konkurentów. A potem, gdy już raz dostaniesz się na Olimp, niesamowicie trudno będzie ci z niego spaść, bo ocenić cię może tylko historia. Ewentualnie rada nadzorcza, gdy przepieprzysz naprawdę dużo kasy.

Bo tylko kasa się liczy, podwładni to risorsy, słupki w excelu. Matematyka jest tam prosta – słupek kosztujący 100 może zostać zastąpiony dwoma słupkami za 40 i jeszcze dostaniesz medal za wzorowe zarządzanie.

I mógłbym tak narzekać i narzekać, bo to mój blog – to po pierwsze, a po drugie – bo i tak mało osób to czyta. Zmarnowanie 4 minut pięciu ludzi na krzyż nie jest może takim marnotrastwem jak te grupowe spotkania o których dziś pisałem, ale zawsze to marnotrastwo. Szęśliwie, że nie zostałeś tu, drogi czytelniku (wybacz brak feminitywów), zwabiony podstępnie i zmarnotrawiłeś te minuty na własną odpowiedzialność – możesz mieć pretensje tylko do siebie.

Jeżeli miałbyś jednak coś z tego wynieść, to zaobserwuj, czy podobne układy nie działają i u Ciebie w firmie. A może jesteś jedną z takich manadżmujących osób? Wątpię, bo mówisz po polsku. Jeżeli jednak, jakimś cudem, to:

  1. Zadbaj o to, żeby spotkania broniły się same – treścią i sposobem prezentacji. Jeżeli ktoś nie chce tam przychodzić, niech nie przychodzi – nie miej pretensji do niego/niej, a do siebie, że nie masz nic ciekawego do powiedzenia.
  2. Dowiedz się czego chcą się dowiedzieć Twoi odbiorcy. Zrób anonimową ankietę po spotkaniu, nie bój się krytycznych komentarzy. Jeżeli uwzględnisz je w następnych spotkaniach, będzie ich coraz mniej a Ty zyskasz szacunek komentujących. Ciesz się wręcz, że ktoś nie boi się powiedzieć krytycznych uwag. Wiedz, że jeżeli ich nie słyszysz, to nie znaczy że ich nie ma, a raczej że nikt nie chce Ci ich przekazać. Może dlatego że się Ciebie boją, a może bo nie wzbudzasz szacunku, albo pokazujesz że nie liczysz się ze zdaniem innych.
  3. Jeżeli nie masz nic do przekazania, nie rób spotkań na siłę. Zmniejsz ich częstotliwość, anuluj. Menadżerowanie nie polega na zabieraniu czasu podwładnym.
0 0 votes
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments