Zerwanie bicepsa – garść refleksji

0
161

Ten wpis to takie zamknięcie ubiegłorocznego epizodu z zerwanym bicepsem. Na początku miał mieć inną formę, ostatecznie w pierwszej jego części piszę parę słów o tym, co wyniosłem z tego przeżycia. W części drugiej zawarłem dość suchy opis wypadku i leczenia.

Gdy opowiadam ludziom o zerwaniu bicepsa, nigdy nie omieszkam entuzjastycznie wypowiedzieć się o opiece zdrowotnej. Być może to szczęśliwy traf, ale od zerwania do operacji minął tylko tydzień. Hospitalizacja trwała cztery dni, leżałem na nowoczesnym oddziale ortopedycznym, w czystych, ładnych pokojach, a sama operacja została przeprowadzona tak dobrze, że dziś prawie nie czuję różnicy w operowaniu ręką. Różnice oczywiście są – choćby w czuciu na skórze, ale biorąc pod uwagę jak wyglądała ręka po wypadku, jestem naprawdę zadowolony, że dostałem się pod opiekę specjalistów z tego szpitala (Wojewódzki w Gdańsku).

Co więcej – podczas pobytu na oddziale zobaczyłem ludzi w nieporównywalnie gorszym stanie, a którzy jednak mieli szansę na wyjście z tego bez szwanku. Przykładowo – motocyklista po zderzeniu z samochodem, kości stopy na RTG wyglądały jak koraliki – połamane i oddzielone od siebie. Lekarze nanizali je na druty, które wystawały ze stopy! Kiedyś coś takiego prawdopodobnie kwalifikowałoby się do amputacji, teraz jest duża szansa na normalne życie. Zerwanie bicepsa dało mi przede wszystkim niebywały zastrzyk entuzjazmu i zaufania do naszych lekarzy.

Jak zwykle jednak, beczkę miodu może zepsuć łyżka dziegciu i nie inaczej było tym razem. O ile lekarze są profesjonalistami, to podejście do pacjentów jest przedmiotowe, zdawkowe, suche.

W momencie gdy jesteś pacjentem, nie decydujesz o swoim losie. Czujesz się zagubiony, bo przecież nieczęsto leżysz w szpitalu – nie wiesz co się ma dziać, jak to wszystko będzie wyglądać. O ileż lepiej byłoby, gdyby ktoś mógł poświęcić ci 20 minut swojego cennego czasu i wyczerpująco opowiedzieć o operacji, rokowaniach, wszystkim tym co ma się stać. A jest inaczej – czasu na ciebie nie mają ani lekarze, ani pielęgniarki. Wyjaśnieniem tego stanu rzeczy jest przeładowanie obowiązkami, to na pewno – ale także rutyna i brak empatii. O ileż fajniej byłoby mieć „służbę zdrowia” nie tylko fachową, ale też ludzką.

A teraz – dla chętnych i zdeterminowanych – przygody Pawła w wielkim świecie medycyny

Koniec pierwszego po wakacjach tygodnia w pracy. Piątek, szesnasta. Wracam rowerem do domu, chwila nieuwagi i ląduję na stojącym tuż przy drodze parkanie. Ręka ląduje nieszczęśliwie między metalowymi szczeblami ogrodzenia, czuję ból ale już podnoszę się z ziemi, szybko zbieram rower i macham przepraszająco ręką do kierowców samochodów czekających aż się pozbieram. Tego rodzaju wypadek nie jest moim pierwszym – wiem co robić. Rozglądam się uważnie, czy nie pogubiłem lampek, błotników czy innego sprzętu. Biorę rower za kierownicę i zaczynam go prowadzić – hak przerzutki się złamał, nie dojadę. Do domu mam jakieś 5 kilometrów, za niecałą godzinę powinienem być na miejscu.

Bezpośrednio po wypadku specjalnie źle to nie wyglądało

Niestety, przeceniłem swoje siły. Po trzech kilometrach dzwonię do Moniki z prośbą, by po mnie przyjechała. Poczekam na parkingu Biedronki. Siadłem na krawężniku, czując że dzieje się ze mną coś dziwnego. Mam coraz mniej sił, oddech jest coraz krótszy. Omdlewam? Ostatnim razem czułem się podobnie, gdy chirurg dłutował mi przegrodę nosową… Monika przyjechała, zapakowaliśmy rower do bagażnika, wsiadłem na fotel pasażera i… jeszcze się pogorszyło.

Ledwo co doczłapałem do domu. Wlazłem pod prysznic, cały zlany potem, a Monika w międzyczasie zadzwoniła po karetkę.

Ratownicy przyjechali całkiem szybko, biorąc pod uwagę porę dnia. Obejrzeli mnie, podobno dziwnie się zachowywałem. Zdecydowali, że pojadę na oddział. Zszedłem z ich pomocą po schodach, powolutku doszedłem do karetki, położyłem się i pojechaliśmy. Nie było syreny, świateł, widać aż taki umierający nie byłem – przejrzeli mnie, cwaniaki 🙂 Ale za to byli bardzo mili i serdeczni. Może nie przejmowali się za bardzo co się ze mną stanie, nikt nie ocierał mi potu z czoła, ale wybaczam im to. Najważniejsze, że sprawnie dojechaliśmy (przy okazji – wiecie jak dziwnie się jedzie na leżąco?)

SOR to zupełnie inny świat. A SOR od strony szpitalnej, a nie poczekalni, to coś jeszcze bardziej dziwnego.

Przede wszystkim łatwo stracić tu poczucie czasu. Wszystko trwa. Jeżeli nie jesteś umierający, zawsze znajdzie się ktoś bardziej potrzebujący. A ludzie, którzy tu pracują, narażeni są na sytuacje, których nigdy w życiu nie chciałbym doświadczać.

Dość powiedzieć, że w trakcie mojego pobytu, mieli tam nastolatka pijanego w sztok i jego matkę, panikującą przy jego łóżku. Nastolatkę zatrutą jakimś świństwem na dyskotece. Parę z wypadku samochodowego z autostrady. Kilka ofiar wypadków na hulajnogach z fantazyjnie powykrzywianymi kończynami… Ale i tak najbardziej w pamięciu utkwił mi młody mężczyzna przywieziony w stanie takiego upojenia czy naćpania, że musieli go związać pasami. Wykrzykiwał najgorsze przekleństwa, walczył z wyimaginowanymi przeciwnikami, pluł na wszystkie strony… Za chwilę się to jednak skończyło, bo zasłonili go kurtynami i spacyfikowali w taki sposób, że cieszyłem się że jednak te kurtyny były.
Okrutne? Nie sądzę. Przede wszystkim potrzebne. I tak właśnie wygląda praca ratowników na oddziale. Zmęczeni, zabiegani, stykający się z sytuacjami, o których nawet nie chcemy słyszeć, a co dopiero je oglądać.

A jednak w końcu znaleźli czas i na mnie. Pojechałem na USG, z którego niestety nic nie wynikło.

Po kolejnych kilku godzinach lekarz znalazł czas i na mnie, powiedział, że wydaje się, że to zerwanie, ale żebym zrobił USG na sprzęcie, który rzeczywiście pokaże coś sensownego, i wypisał mnie do domu. O drugiej w nocy 🙂

Na szczęście miałem telefon i taksówką, wymęczony ale już w dużo lepszym stanie psychicznym, przyjechałem do domu.

Następny tydzień spędziłem przyjemnie na dłuuugich spacerach po okolicy. Człowiekowi ciężko przestawić się na brak jakiegokolwiek ruchu. A przecież o ile zerwany biceps utrudnia jazdę rowerem, to nie ma wpływu na robienie dwudziestokilometrowych pętli po okolicy. A niezwykle ciepły wrzesień czynił te spacery naprawdę miłymi.

Na rękach nie chodzę, więc ciepły wrzesień mogłem wykorzystać do długich spacerów. Nieczęsto mam na nie czas jak pracuję…

Jedynymi zgrzytami w tej sielance była potrzeba znalezienia specjalisty od obrazowania medycznego. Ale wiadomo – są pieniądze, jest człowiek. Zatem już w poniedziałek miałem USG z niezbitym dowodem całkowitego zerwania dystalnej części ścięgna bicepsa wraz z rozścięgnem :). Mogłem udać się z nim do szpitala wojewódzkiego w Gdańsku, gdzie miły, młody lekarz obiecał mi, że postara się znaleźć dla mnie jakiś szybki termin operacji. I nie tylko obiecał, ale i spełnił tę obietnicę, bo już we czwartek zadzwonił, abym nazajutrz stawił się na oddziale. I tak zrobiłem.

Zestresowany pojechałem tramwajem i ostatnie kilkaset metrów szedłem, delektując się ciepłym wietrzykiem wiedząc, że przez kilka najbliższych dni nie będę miał zbytnich powodów do zadowolenia.

Na oddziale, po krótkich perturbacjach (pani w sekretariacie nie wiedziała, że ma mnie przyjąć), wprowadzono mnie na oddział, pielęgniarka pokazała pokój, łóżko i zostawiła sama. Jedyną czynnością na dziś była wizyta pani anestezjolog (anestezjolożki? :P) – poza tym wynudziłem się srodze. Ale też byłem przyjemnie zaskoczony. Bo zarówno oddział, jak i pokój, nie zrobił na mnie negatywnego wrażenia, jakie pamiętałem z odwiedzin w innych szpitalach. Pomieszczenie było wyremontowane, z łazienką i wygodnymi łóżkami.

Pierwszy dzień w szpitalu – istna sielanka 🙂

Na sąsiednim leżał pacjent z wystającymi z podudzia blachami. Wdałem się w rozmowę i dowiedziałem, że miał bardzo mocno pokiereszowaną nogę w wypadku motocyklowym i już rok wiedzie tę niesamowitą przygodę z ortopedią. Niedługo później dołączyli kolejni pacjenci. W tym chłopak w moim wieku z już drugim zerwanym bicepsem. Pierwszy miał na wiosnę, teraz drugi – ten z doświadczeniem i znawstwem komentował przyszłość 🙂 Ale wszyscy współleżący byli sympatyczni i pierwszy dzień minął szybko a nawet w miarę przyjemnie.

Drugi był gorszy, bo od rana ścisły post – także z racjonowaną wodą. I nerwówka – czy uda się wejść pod nóż już dziś, czy też może przywiozą ofiary wypadków, które będą miały pierwszeństwo? Ja, świeżak, już od rana ubrałem się w fizelinowe ubranko i leżałem, oczekując. Kolega od bicepsa, bardziej doświadczony, grał sobie w Age of empires na kąkuterze 🙂 O 15 jednak przyszła pani pielęgniarka, dała tabletki, a niedługo potem zawieziono mnie na blok. Dzięki magicznym pigułkom pamiętam cały proces wiezienia raczej mgliście i jak zwykle – kilka słów przywitania z lekarzami, a kolejny obraz to już wybudzony ja, podłączony do aparatury monitorującej. Już po wszystkim.

Ręka w gipsie,wszystko boli. Pielęgniarki trochę przestraszone, bo tętno poniżej pięćdziesięciu oznacza dla nich jakiś problem.

Potem jednak wyjaśniłem, że ja tak mam – te lata na rowerze sprawiły, że serce nie pracuje tak szybko jak jest to przyjęte. Pielęgniarki nie pozwoliły nawet wstać do łazienki, ale jakoś tam udało mi się postawić na swoim 🙂

Tętno 45 uderzeń na minutę wzbudziło niepokój pielęgniarek 🙂 (Po przebudzeniu nie wyglądałem za dobrze – toteż się wyciąłem ze zdjęcia)

Dzień po zabiegu przeleżałem najpierw w pokoju obserwacyjnym a potem wróciłem jak syn marnotrawny na oddział właściwy. Zostałem przyjęty miło przez pozostawionych kolegów i znów mogłem podsłuchiwać niezwykle ciekawych rozmów ludzi obracających się w sferach innych niż moja. To znaczy – drogich samochodach, ciekawym życiu i tak dalej. Taki fejsbuk w realu. I tak jak fejsbuka mogę nie czytać, tak rozmowy pozwoliły mi zagłuszyć stare, sprawdzone słuchawki i audiobook Hoimara von Ditfurtha 🙂

Poniedziałek z kolei to dzień wypisu. Nie było problemów, to po co trzymać darmozjada 🙂

Do domu! Wypis, chwila rozmowy z lekarzem i adios. Dostałem zwolnienie na trzy tygodnie, Monia z Marysią przyjechały po mnie i znów byłem w domu. Krótka piłka całe to zerwanie.

Najlepszy czas to ten po operacji. Zwolnienie z roboty, cały dzień odpoczynku… Co roku móglbym sobie zrywać biceps 😛 Choć nie było tak różowo – ze względu na rękę nie mogłem grać – pozostał jutub 🙂

Co prawda cały trik jest później – bo trzeba nauczyć się żyć z gipsem, ręka boli, nie wiadomo jak to się wszystko zrośnie, ale najgorsze już za nami. Przede mną dwie wizyty kontrolne. Obie tak samo zdawkowe, bo na szczęście nic się nie działo. Wszystko goiło się świetnie, ręka wracała do formy, w październiku wróciłem już do pracy a pod koniec miesiąca ręka została przełożona z gipsu do ortezy z regulowaną ruchliwością. Swoją drogą – wiecie ile kosztuje taka orteza? Dokładnie tyle, ile wynosi limit refundacji, czyli 600PLN. Mam ogromne podejrzenia, że gdyby limit wynosił połowę, kosztowałaby właśnie tyle. Nie ma to jak przycinać na publicznej opiece zdrowotnej.

Od tego momentu zacząłem zajęcia rehabilitacyjne, które polegały głównie na rozmasowywaniu blizn i lekkim rozciąganiu ręki. Miałem to szczęście, że i blizny nie były bardzo oporne i ręka chciała współpracować. Dzięki temu w połowie grudnia, na ostatnej wizycie, lekarz podpisał zakończenie procesu leczenia z pełnym powrotem do sprawności. Mimo, że ręka do pełnej sprawności nie wróci nigdy – choćby dlatego, że zmieniło mi się czucie na części jej powierzchni. Jednak z tak drobnymi niedogodnościami mogę uważać się za szczęściarza – wszystko poszło podręcznikowo. Od początku do samego końca. Oby każdy problem ze zdrowiem dało się rozwiązać w tak prosty sposób.

Po zerwaniu nie zostało zbyt wiele śladów. Na treningach podnoszę znów coraz więcej i mam nadzieję, że za parę miesięcy wrócę do dawnych obciążeń.
5 1 vote
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments