Po co komu konferencje?

0
302

Jestem na świeżo po konferencji 4Developers Gdańsk. Już po raz drugi byłem tam opienkunem ścieżki .Net i o ile w ubiegłym roku miałem tam coś do roboty, to w tym niestety mój udział sprowadził się do przyklepania wszystkich nadesłanych zgłoszeń. To niestety było widać i po przesłuchaniu ostatniego odcinka podcastu Grześka Kotfisa postanowiłem wrzucić trochę obszrniejszy komentarz do jego przemyśleń. Nie jest to wpis techniczny, ale raczej własna opinia niepoparta żadnymi badaniami. Mam nadzieję, że mój wpis i odcinek Grześka da do myślenia organizatorom i odrobinę oczyści rynek konferencji programistycznych w Polsce.

Wnioski z podcastu Grześka Kotfisa

Grzesiek w swoim odcinku „Prelegent za lajka” dość obszernie wyjaśnił swój punkt widzenia. Podsumował on audycję stwierdzeniem, że być może radą na brak chętnych prelegentów może okazać się zachęta w postaci pieniężnej (ale nie nazbyt niskiej) lub jakiegoś upominku w rodzaju licencji czy kawałka chmury za darmo. 

Grzegorz Kotfis
Grzesiek Kotfis

Rzeczywiście, podejrzewam, że to może przyciągnąć więcej prelegentów. Ja jednak martwię się nie ich ilością, co jakością. A tutaj wg mnie nie osiągnie się niczego bez poważnego traktowania występujących. 

Moje obawy dot. prelegentów i konferencji

Obecnie mamy naprawdę multum różnego rodzaju programistycznych darmoszek. Sam Grzesiek wspominał o tym w poprzednim odcinku, gdy mówił co lubi a czego nie w programowaniu. Darmowe książki, kursy i… konferencje. Darmowe lub prawie darmowe zarówno dla uczestników jak i prelegentów. Poczynając od meetupów poprzez lokalne wersje dużych konferencji, na szanowanych i wielkich konferencjach kończąc. 

Wszystkie wyrastają jak grzyby po deszczu i część z nich organizowana jest przez pasjonatów, którzy marzą o bezinteresownym dzieleniu się wiedzą z innymi. Pozostała część to biznes. Koszty wynajęcia sali, obsługi itp. są prawdopodobnie wysokie, więc skoro i tak biletujemy, więc dlaczego na tym nie zarobić? To normalna rzecz i jeżeli tylko sprzedajemy produkt na poziomie, zadowalający klientów, to nic złego że będziemy się z tego utrzymywać. (Nie dla wszystkich, jak pokazuje ostatni przykład Maćka Aniserowicza i jego kursu Gita)

„jaki byłem naiwny. myślałem, że chcesz się dzielisz wiedzą, a Ty chcesz zarabiać. jestem bardzo rozczarowany. to, że Cię do tej pory subskrybuje, nie ma dłużej sensu.”

no i chuj, czar prysł#kursgita— Maciej Aniserowicz💻 (@maniserowicz) 25 września 2018

Problem pojawia się, gdy sprzedajemy bubel, którego powinniśmy się wstydzić. 

Weźmy konferencję A. Ma dobry PR – z różnych względów. Czy to jest lokalnym odłamem krajowej szyszki, czy też poprzednie edycje bardzo się udały – przyczyna bez znaczenia. Wystawia bilety w średnich cenach, nie przekraczających pięciuset złotych dla spóźnialskich, kupujących na ostatnią chwilę. Przy tym oferuje jeden dzień wypełniony prelekcjami z kilku ścieżek tematycznych. Ludzie kupują bilety skuszeni dobrymi opiniami, nadchodzi dzień konferencji i prelegenci wychodzący na scenę są po prostu słabi. 

„Słabi” to określenie pojemne. Część jest słabo przygotowana merytorycznie, część zna się na rzeczy ale ma nieciekawe prezentacje, a prawie wszyscy nie mają obycia konferencyjnego i słuchanie ich dukania wręcz irytuje. Do tego stopnia, że gdy w końcu trafia się ktoś, kto szału nie robi ale za to mówi płynnie, dostaje nad wyraz dobre komentarze ponieważ wybija się choć trochę ponad ten żenująco niski poziom.

Ludzie, którzy wydali na to pieniądze, jakkolwiek wysoka bądź nie była to kwota, są po prostu zdenerwowani i albo tylko nie przyjdą na kolejną edycję, albo dodatkowo szczerze odradzą ją innym. Ale zło już się stało, pytanie:

Dlaczego do tego doszło?

Konferencja była płatna, ale organizatorzy nie zrobili nic poza wystawieniem CFP na swojej stronie, aby pozyskać dobrych prelegentów. Nie dali im jakiejkolwiek wizji marchewki, a że większość dobrych prelegentów ma ograniczony czas, to stara się raczej wybierać konferencje, które w jakiś sposób wpłyną na ich karierę bądź ubogacą ich w inny, bardziej wymierny sposób. Dokładnie tak, jak mówił o tym Grzesiek.

Organizatorzy dostają zatem zgłoszenia wszystkich osób, które wymarzyły sobie, że zostaną prelegentami. Części z nich nie można zweryfikować, ponieważ jest to ich pierwszy raz (lub nie zostali wcześniej nagrani, przez co są wielką niewiadomą). Część jest już znana, ale raczej z tej słabszej strony. I tylko mały odsetek, z roku na rok mniejszy, prelegentów o określonej klasie i renomie. 

Opiekun ścieżki w takiej pozycji nie ma innego wyjścia jak przyjmować wszystkie zgłoszenia wiedząc przy tym, że bankowo część prelegentów będzie odstawać na minus (w przypadku konferencji łyżka dziegciu nie zepsuje beczki miodu, ale wiadro już tak), a wszystkie pretensje dotyczące poziomu będą kierowane do nich. Skoro jednak podjął się tego zadania, stara się to zrobić jak najlepiej, choć jak wiadomo: „z piasku bicza nie ukręcisz”. Poziom ścieżki będzie po prostu słaby.

W kolejnej edycji jeden z poprzednich atutów: renoma, jest już poważnie osłabiony, dlatego zgłosi się jeszcze mniej wartościowych kandydatów. I tak dalej, równią pochyłą do przepaści. Bo niższa renoma to mniej biletów, mniejsze wpływy, a co za tym idzie w końcu osiągnięcie progu rentowności i upadek danej konferencji.

Światełko w tunelu

Ale nie jest to zjawisko złe. Upadek tego rodzaju konferencji nie dbających o poziom da nam, programistom mniejszy wybór, ale też mniejszą możliwość pomyłki. Bo z czasem, gdy te najsłabsze upadną, zostaną właśnie te dobre, dbające o jakość i o których wiemy, że kupując na nie bilety nie będziemy żałować.

Bo jak wiadomo, co za darmo to bardzo często do niczego. Osobiście staram się nie chodzić na darmowe „iwenty”, ponieważ płacimy tam czymś cenniejszym od pieniędzy – swoim czasem, który zostaje zmarnowany na słuchanie i oglądanie, bądź oczekiwanie na swoją kolej (np. darmowe miasteczka zabaw dla dzieci). Często lepiej zapłacić trochę więcej, a otrzymać jakość, która nas zadowoli.

Jest to także rodzaj umowy. Jeżeli zapłacimy więcej za udział w konferencji, to organizatorzy będą mieli więcej pieniędzy, z których będą mogli opłacić dobrych prelegentów. Ci będą mieli dwa w jednym – honorarium za wystąpienie oraz dobry PR za uczestnictwo w renomowanej konferencji. Z kolei organizatorzy, płacąc za wystąpienie, mogą wymagać jakości, której od „prelegentów za lajka” oczekiwać nie sposób.

Po co komu konferencje?

Grzesiek wspomniał także o sensie konferencji – zarówno występowania na nich jak i oglądania wystąpień. Przychylam się do jego opinii i od jakiegoś czasu także straciłem serce do uczestnictwa w dowolnym charakterze. Prelekcje, co opisałem wcześniej, często rozczarowują. Czas wolny jest zbyt cenny, aby marnotrawić go na oglądanie tego typu wystąpień. Równie dobrze mogę usiąść przy biurku i obejrzeć film z wystąpienia kogoś renomowanego z zagranicznej sceny.

Z kolei prelegowanie jest z pewnością ciekawym doświadczeniem, ale jeżeli miałbym już coś takiego robić, to w dzisiejszym świecie jest dużo więcej możliwości pracy na własną rękę i własne konto – chociażby serwis YouTube. Co prawda tracimy wtedy możliwość tego mitycznego „networkingu”, ale czy na pewno? Podejrzewam, że gdyby się bliżej temu przyjrzeć, to mit zostałby odrobinę odbrązowiony. 

Call to action

Wzorem Grześka, chciałbym podsumować cały wpis prośbą do organizatorów, aby przemyśleli swoje strategie rozwoju. Czy nie warto aby zarobić trochę mniej, ale zyskać uznanie uczestników. Według mnie biletowane konferencje powinny gwarantować jakość. Rynek prawdopodobnie to zweryfikuje, ale wolałbym nie musieć się sparzyć, aby wiedzieć że lepiej na daną konferencję nie chodzić. 

Uwaga na koniec: Moje przemyślenia niekoniecznie odnoszą się do konferencji 4Developers Gdańsk, choć wpis i moja rola opiekuna ścieżki mogą sprawiać takie wrażenie. Pośród konferencji, w których ostatnio uczestniczyłem, niewiele było naprawdę dobrych i podejrzewam, że większość zmaga się z problemami opisanymi w artykule. Wpis jest kierowany właśnie do nich.