Kurs „Pistolet, celność i obsługa, poziom pierwszy”

0
593
Logo klubu strzelających inaczej

Jestem świeżo tydzień prawie dwa tygodnie po (czas szybko leci:)) organizowanym przez KSI kursie – „Pistolet, celność i obsługa, poziom pierwszy” prowadzonym przez Borysa Romanko. Adrenalina związana ze strzelaniem i całym szkoleniem już zeszła, ale zadowolenie zostało i dlatego postanowiłem opublikować krótki tekst podsumowujący ten kurs.

Koszt takiej przyjemności to niebagatelne 400 złotych, lub złotych 200 jeżeli posiada się własną broń i 200 sztuk amunicji do niej. Prawdopodobnie niektórzy mogą powiedzieć, że strzelectwo to nie sport dla ubogich i nie ma się nad czym rozwodzić, ale ja mam do tego tematu inne podejście i zazwyczaj mocno się zastanawiam, czy warto wydać pieniądze na coś, co niekoniecznie musi przynieść dużą korzyść. Podejrzewam, że nie jestem w tej kwestii osamotniony i mam nadzieję, że osoby wahające się przed podjęciem decyzji, czy wybrać akurat TEN kurs organizowany przez TĘ organizację uznają ten wpis za pomocny.

Jako, że od czasów kursu na patent nie miałem okazji pobierać wiedzy od instruktora, postanowiłem przerwać ten marazm i wybór padł na akurat to szkolenie w KSI. Czy słusznie? Zaraz się dowiecie 🙂

Jak wygląda taki kurs?

Nie wiem jak wygląda zazwyczaj. Podejrzewam, że w zależności od grupy może to się dość znacznie różnić. W naszym przypadku grupa liczyła osiem osób, a szkolenie było podzielone na dwie części – praktyczną i bardziej praktyczną 🙂

Część praktyczna

Część praktyczna zaczęła się standardowo – od przypomnienia zasad dot. bezpieczeństwa BLOS. Różnica, w porównaniu do beznamiętnego recytowania suchych formułek, była taka, że tutaj te opowiadania były ilustrowane dużą liczbą przykładów z życia wziętych. Już tutaj wysłuchałem kilku porad praktycznych, które pozwoliły mi zwiększyć bezpieczeństwo związane z obsługą broni.

Całe to opowiadanie nie trwało jednak długo i płynnie zaczęliśmy przechodzić do ćwiczeń praktycznych. Prawidłowe noszenie broni, dobywanie jej, ładowanie, zmiana magazynków, celowanie – niby podstawy, ale każde zagadnienie zostało przedstawione wyczerpująco i ciekawie. Prowadzący prezentował ćwiczenia krok po kroku a następnie grupa powtarzała je w coraz szybszym tempie. Raz za razem rozlegał się sygnał dźwiękowy chronometru i ćwiczenie powtarzało się – szybciej, szybciej i szybciej. W zimnej początkowo salce zaczęło się robić cieplej, bluzy zaczęły się rozpinać a następnie być zdejmowane. Wszystko to było świetnym połączeniem nauki, dobrej zabawy i swojego rodzaju rywalizacji – ze sobą, z czasem, z innymi. Bardzo ciekawe i miłe doświadczenie. Widać było, że prowadzący zajmuje się kursami nie od dziś, bo bardzo umiejętnie dawkował wysiłek, poprawiał błędy ćwiczących, dawał cenne wskazówki.

I bardziej praktyczna

Po jakichś trzech godzinach skończyliśmy z ćwiczeniami „na sucho” i przeszliśmy na tor strzelecki. Tu niestety tak ciepło już nie było. Uczestnicy otrzymali amunicję, zostały rozstawione tarcze i kolejno, po cztery osoby, wykonywaliśmy coraz bardziej skomplikowane polecenia prowadzącego. Tutaj wykorzystywaliśmy w praktyce zdobyte przed chwilą umiejętności i w każdym ćwiczeniu powtarzały się stałe elementy szkolenia – dobycie broni, wymierzenie, strzał pojedynczy bądź kilkukrotny z pracą na resecie spustu, odłożenie broni do kabury. Strzały jednorącz, oburącz, do jednego, dwóch, czterech celów. Strzelanie z pozycji standardowej, ale i innych – były nawet elementy strzelania z biodra 🙂 Szczególnie ciekawe było ćwiczenie, gdzie strzelaliśmy do celów tak bliskich, że gazy wylotowe odbijały się od tarczy prosto w nasze twarze 🙂 Nieczęste doświadczenie, którego tutaj miałem okazję nabyć po raz pierwszy i, mam nadzieję, nie ostatni.

Ogólnie mówiąc, to całe szkolenie obracało się (zgodnie z jego nazwą) wokół podstaw, ale nie takich jak uczą normalnie na strzelnicy, a raczej bardzo praktycznego wykorzystania broni palnej do samoobrony, walki czy… zawodów strzelania dynamicznego. Dla mnie była to świetna odskocznia od standardowego strzelania statycznego, gdzie staję sobie na torze 25 metrów, ładuję po 5 nabojów i powoli, spokojnie celując, staram się trafić jak najlepiej. Uświadomiłem sobie kilka rzeczy, o których wcześniej nawet nie pomyślałem. Lepiej poznałem zalety i wady swojej broni, poczułem adrenalinę związaną z szybkim strzelaniem.

Dodatkowo – wielki plus – po zakończeniu kursu otrzymałem od prowadzącego listę ćwiczeń do praktykowania samodzielnie – bardzo fajne podsumowanie i przypomnienie treści, które przerabialiśmy.

Same zalety i tylko kilka wad.

Wady? Jakie?

Wad – nie wad. Zależy jak kto na to spojrzy. Na pewno kurs oceniam bardzo pozytywnie i uznaję, że otrzymałem wiedzę tam wiedzę o wartości większej niż zainwestowane pieniądze. Jestem przekonany, że w przyszłości zdecyduję się na inne kursy organizowane przez prowadzącego.

Nic nie jest jednak idealne i po zastanowieniu się doszedłem do wniosku, że podsumowanie powinno wyglądać tak:

Kurs nie uczy magii. To wszystko to solidne podstawy. Jeżeli ktoś miałby przyjaciela, który na strzelectwie zjadł zęby, umie przekazywać wiedzę i ma na to ochotę, to z pewnością ten kurs nie będzie mu już potrzebny. Ja takiego kogoś nie znam i ilość nowopoznanych informacji była naprawdę ogromna.

Przeraźliwym minusem był czas szkolenia. Ale nie jego długość, bo ta była świetna. Dni, w których temperatura zbliża się do zera (nie mówiąc o ujemnej) nie są dniami komfortowego korzystania ze strzelnicy na Zawodników. O ile w pierwszej salce było bardzo przyzwoicie, to już na torze myślałem tylko o tym, żeby stanąć przy grzejniku i choć trochę się ogrzać. Po całym dniu w robocie i pięćdziesięciu kilometrach na rowerze, ten mróz odbierał mi naprawdę wiele przyjemności z kursu. Oczywiście nie jest to wina samego szkolenia, ale ewentualnym uczestnikom radzę – poczekajcie na cieplejsze dni.

Starajcie się wywiedzieć, czy grupa będzie liczyła więcej niż osiem osób. Ćwiczenia na torze wykonywane są czwórkami i z grubsza licząc czas trwania kursu będzie dłuższy o  dwieście wystrzelanych pocisków z każdą kolejną czwórką. Nawet przy ośmiu osobach może to wszystko zająć koło siedmiu godzin, zatem większe obłożenie to wg mnie przesada.

I tyle. Nie zachęcam nikogo do uczestnictwa – każdy sam musi sobie odpowiedzieć na pytanie „czy warto”. Mam nadzieję, że ten tekst choć trochę pomógł niezdecydowanym. Z pewnością napiszę jeszcze kiedyś o drugiej części 🙂