Diuna

0
461
Fremeni i czerwie (ew. Wolanie i piaskale)

Wpis skopiowany z mojego profilu na portalu Facebook, notka z 26.03.2015

Jako młody chłopiec obejrzałem film „Diuna” w reżyserii Lyncha () i… nie pamiętam, żeby coś się stało – ot, film jak film. Jednak gdy przeczytałem po raz pierwszy książkę będącą jego pierwowzorem (?)… eee… ciężko to wytłumaczyć. Gdy czytam książkę, najczęściej robię to z przyjemnością, lecz tylko w nielicznych przypadkach podczas czytania nagle czas skraca się i zawija, a ja siedzę i czytam, praktycznie jednym tchem, dopóki nie dobiję końca. Dotychczas miałem tak w przypadku Metro 2033, Kamień na kamieniu Myśliwskiego, oraz właśnie Diuny.

Nie będę się rozpisywał zbyt wiele o tym dziele – bo tylko tak mogę to nazwać. Na pierwszy rzut oka historia jakich wiele – ale wykonanie, poziom skomplikowania fabuły (finta w fincie), język, jakim zostało to wszystko opisane składają się na przewspaniały utwór literacki, który z czystym sercem mogę polecić każdemu miłośnikowi fantastyki.
Gdy już wciągnie Was Diuna, można obejrzeć wspomniany wcześniej film, a po jego obejrzeniu na pewno będziecie chcieli przesłuchać cudownego soundtracku od Toto. Powstały także dwa krótkie seriale na podstawie pierwszych trzech części sagi. Nie można także zapomnieć o świetnych grach strategicznych pod tym samym tytułem.

I po co ja to wszystko piszę? Otóż, gdy przeczytało się coś tak wspaniałego, ma się ochotę na więcej. I co? Otóż jest tego więcej. Oryginalna Diuna została napisana przez Franka Herberta i zawiera się w tzw. Kronikach Diuny, czyli sześciu powieściach. Po jego śmierci (?) zaczęły się jednak ukazywać kolejne tomy – prequele, sequele, cokolwiek sobie zażyczysz. I jest tego dużo więcej niż oryginalnych tomów – a to wszystko za sprawą syna pisarza, Briana i jego kolegi, którzy postanowili wydobyć na światło dzienne zapiski Herberta i na ich podstawie dopisać kolejne części.

Gdy zobaczyłem polskie wydania ostrzyłem sobie na nie zęby od samego początku i w ubiegłym miesiącu wreszcie dostałem je w swoje ręce. Nie wyobrażacie sobie zawodu, którego doznałem po pierwszych stronach dorabianych powieści… To nie są nawet popłuczyny po Diunie. To… nie wiem jak to nazwać. Wymazuję to z pamięci, choć nie do końca mogę, bo wyobrażam sobie jak wspaniale byłoby przeczytać te książki napisane właśnie przez Franka Herberta, a nie jego syna, który niestety talentu po ojcu nie odziedziczył :((((

Osobom, które chciałyby poznać sagę, przez wielu uznawaną za najlepszą powieść s-f w historii, polecam oryginalne Kroniki Diuny i nic więcej. Nie róbcie sobie przykrości i udajcie, że poza Kronikami nic więcej nigdy nie powstało.

PS. Tłumaczenie Kronik wykonywały różne osoby, w zależności od wydania. Ja mam to szczęście, że udało mi się kupić całe wydanie przekładane przez p. Marszała. Widziałem, że na rynku są też książki wydane przez Rebis, gdzie dodatkowo ilustracje wykonał p. Siudmak – wydaje mi się to najlepszym obecnie wyborem. Wystrzegajcie się tłumaczeń pana Łozińskiego z jego nieśmiertelnymi Wolanami. Uważałbym także na p. Jerzyńskiego, ale nie jestem pewien.
To tyle, życzę przyjemnej lektury – warto.