Jeszcze kilka słów o diecie oraz… wyzwanie roku

1
472
Tę notkę pisałem długi, długi czas. Zapętliłem się w niej kilkukrotnie i widzę swoje braki warsztatowe. Pisanie bloga jest bardzo podobne do pisania książek i ciężko po prostu siąść i pisać dobrze. Należy się nieustannie szkolić i przykro mi jedynie, że jesteście moim materiałem szkoleniowym 🙂
Pozwoliłem sobie podzielić długi wpis o diecie na dwie części. W tym kolejny raz się powtórzę, a w następnym powiem kilka oczywistości – obiecująco, prawda? No więc zabieram się do powtarzania się 🙂
W ostatniej notatce opisałem standardowe diety aplikowane przez dietetyczki oraz to, jak źle wpływają na nasze dążenia do uzyskania lepszej sylwetki. W skrajnych przypadkach mogą one nawet zniweczyć wszystkie wysiłki i uniemożliwić osiągnięcie celu (przy okazji uwaga – do tego celu nie da się dotrzeć – naprawdę). Ta seria wpisów powstaje po to, by podpowiedzieć Wam co zrobić, aby nie wydawać bezsensownie pieniędzy i uzyskać możliwie najlepsze wyniki możliwie najniższym kosztem.
W moich notkach skupiam się wyłącznie na osobach totalnie początkujących – mam wrażenie, że takich jest najwięcej, a poza tym pozostali doskonale wiedzą, co się z czym je i gdzie szukać niezbędnych informacji. Na temat właściwej diety można pisać elaboraty, a uczyć się tego można grube lata, więc nie będę pozował na autorytet, tylko od razu zaznaczam – mówię o tym, co działa na nas – na mnie i Monię. Jestem jednak przekonany, że zgodnie z moją (?) „zasadą przeciętności” to, co działa na nas, zadziała na przeważającą większość ludzi chcących przerwać swoją randkę z nadmiarowymi kilogramami:)
Najłatwiej będzie osobom obdarzonym tak zwaną „silną wolą”. Umieją one zmobilizować się same i przy odrobinie wiedzy i umiejętności będą one nadzorować się same. Należę do tego typu osób i być może wpływa to trochę na moje postrzeganie świata, ale zapewniam – wiem, że nie jest to łatwe. Sam dużo gorzej radziłbym sobie, gdyby nie pomoc i wsparcie mojej żony – Moniki. Razem staramy się dbać o siebie i wspólnie motywować, co jeszcze bardziej ułatwia wchodzenie na kolejne poziomy 🙂
Najgorzej niestety mają osoby pozbawione silnej woli, które czasem określa się jako posiadające „słomiany zapał”. Ludzie tacy bardzo szybko nakręcają się do kolejnych pomysłów, lecz niestety przy pojawiających się przeszkodach (a te zawsze się pojawią) bardzo szybko rezygnują. Są oni bardzo dobrą pożywką dla diet opisanych w poprzednim wpisie – trzymają je  przez jakiś czas a później odpuszczają i jojo murowane.
Poza tymi ekstremami, których jest prawdopodobnie niewielki odsetek, istnieje cały przekrój „zwykłych zjadaczy chleba”, obdarzonych różnymi cechami, wszystkich jednak ludzi łączy jedno – uzyskać dobrą sylwetkę nie jest łatwo, a każdy by ją chciał.
Pisałem ten tekst dość długo. Na początku chciałem zaprezentować trochę bardziej teoretyczne podstawy diety, ale gdy zacząłem to wszystko opisywać zobaczyłem, jak wiele czasu potrzeba na przedstawienie choćby niezbędnego minimum oraz jak wiele stron w Internecie wystawia już takie opracowania. Mimo wszystko na końcu tego artykułu dołączam skompresowane minimum „dla dociekliwych” 😉
W każdym razie, przez pojęcie „dieta” rozumiem tutaj zbiór zasad określających sposób w jaki jemy i produkty jakie spożywamy. Nie jest to z góry zdefiniowany zestaw posiłków na każdy dzień. Bo na tym to powinno polegać – należy zmienić swoje nawyki żywieniowe, a ominie nas efekt jojo, męczarnie z niejadalnymi posiłkami itp. problemy.
Podstawową zasadą dotyczącą diety jest fakt, że odpowiedni sposób odżywiania sam jeden może sprawić, że człowiek chudnie bądź tyje. Ćwiczenia w tym przypadku nie są konieczne do zrzucenia bądź nabrania wagi! Jest takie powiedzenie – „płaski brzuch zaczyna się w kuchni” i nie jest to pusty slogan. Ćwiczenia są mega ważne, ale to mega ważny dodatek. Dzięki nim rozbudowujemy mięśnie (bo samo zrzucenie wagi nie jest naszym celem) a także zwiększamy zapotrzebowanie kaloryczne, co prowadzi nas do następnego stwierdzenia:
Możesz jeść ile chcesz, jeżeli tylko zgadza ci się bilans kaloryczny. Pamiętam taką sytuację sprzed kilku lat, gdy zacząłem mocniej jeździć na rowerze. Jadłem wtedy jak szalony – naprawdę, wszystko co się dało, do tego piwo i paluszki wieczorem i… chudłem. Z prawie 130 do 110 zeszło w przeciągu ok. dwóch lat i od tamtej pory ano razu nie przebiłem od dołu tej granicy. Z tym, że na mniej więcej 107 się zatrzymało. I próbowałem różnych rzeczy, ale nie dawało się zejść niżej. Po prostu zapotrzebowanie kaloryczne zbilansowało się z przychodem z jedzenia. Następnie zmieniłem swoje nawyki żywieniowe i zrzuciłem jeszcze dyszkę. Teraz moja waga cały czas oscyluje wokół 99 kilogramów, ale kolejny raz stanąłem w punkcie i znów czuję, że potrzebna jest jakaś zmiana, aby pójść z tym wszystkim dalej.
O bilansie i tego typu rzeczach opowiem jeszcze, ale jako dodatek bo nie jest to najważniejsze na początkowych etapach. Ta notka powstała, bo nawet nie wiecie jak bardzo chciałbym móc w prosty i przejrzysty sposób przekazać jedną, jedyną rzecz, która tak naprawdę zainspirowała powstanie tego wpisu – widzę dość często ludzi, którzy są nieszczęśliwi z powodu swojej sylwetki. Świat (media?) promuje osoby „ładne” i nie da się od tego uciec. Każdy chce taki być. Problem w tym, że wielu nie chce nad tym pracować, a oczekuje magicznej tabletki. Wierzą w to, że gdy zapłacą komuś, jakiemuś „guru”, to on uruchomi jakieś czary i w zamian za ich pieniądze ześle na nich odtłuszczenie. To tak nie działa! Nie da się uzyskać ładnej sylwetki bez włożenia w to pracy! Jeżeli ktoś mówi inaczej, kłamie. A nawet, jeżeli taką sylwetkę uda się uzyskać „bezboleśnie”, to nie uda się jej utrzymać. Po jakimś czasie wrócisz do starej „formy” i dołożysz jeszcze parę kilo. Nie ma innej opcji, jak tylko odrzucenie mrzonek o tajnych sposobach, które możesz poznać za jedyne 199.99, a wzięcie się do solidnej pracy. Jeżeli mi wierzysz, czytaj dalej. Jeżeli nie, idź, zapłać i… wróć za parę miesięcy z jeszcze większą nadwagą.

Przytoczę tutaj słowa trenera personalnego, Damiana Kruklisa, który odpowiedział na mój poprzedni wpis na Facebooku:”Przeczytałem artykuł, ciekawy i trafny, mogę coś dodać od siebie. Dietetyczka jest potrzebna, bo osoba chcąca osiągnąć swój cel musi udać się do kogoś, kto jej w tym pomoże – ale chodzi mi tu o nakierowanie osoby, by wiedziała co ma jeść, o jakich porach i ile, by ktoś nauczył ją odnajdywać zdrowe produkty, wskazać właściwe drogi i ukierunkować że dieta to zmiana nawyków żywieniowych. Problem w tych czasach jest taki, że jedna dietetyczka swój zawód uważa za życiowy i chce pomagać ludziom i czuje się w tym dobrze, czyta, bada, notuje zmiany, przegląda aktualne badania naukowe, bo chce być jedną z lepszych, czuje swoje powołanie. Dodatkowo jest po wyższych studiach, jeździ na szkolenia i robi doktorat. Druga natomiast skończyła kurs, bądź zrobiła szkołę 2 letnią i musi pracować by zarobić i robi to z przymusu. Ta pierwsza na wstępie zapyta o cel diety, przebada osobę, przeprowadzi wywiad i pierwsze co zapyta o WYSIŁEK FIZYCZNY, gdy okażę się, że go brak zaleci wykupienie karnetu na siłownie i udanie się do specjalisty, bo przekażę że bez tego nie zacznie współpracy, druga natomiast myśli tylko o sobie i własnej kieszeni i woli by osoba odchudzająca się pojawiała się częściej u niej na konsultacji by wymienić pierś z kurczaka na indyka i brokuł na kalafior. Ta pierwsza będzie jej mentorem, motywacją, będzie w stałym kontakcie e-mailowym, telefonicznym a ta druga napiszę do niej kiedy kolejna wizyta?

Osoba, która określi sobie cel, musi znać odpowiednią drogę, oczywiście prócz dietetyczki może zasięgnąć do internetu lub literatury, ale kto w tych czasach woli czytać o diecie niż udać się od razu po poradę do dietetyczki, bo jest szybciej i łatwiej?
Trzeba umieć dokonać odpowiedniego wyboru, przeanalizować podejście do klienta, sprawdzić osiągnięcia dietetyczki i widzieć, że zawsze czeka się na termin i zawsze stoi się w kolejce, jak u lekarza. Obserwować innych pacjentów i widzieć również ich efekty. Jeśli dietetyk jest dobry – wyprowadzi tą osobę na prostą. Nie będzie diety cud – będzie dieta dobrana pod cel. Będzie wymiana ilości kalorii, konsultacja odnośnie ilości treningu aerobowego, będą co wizyta lekcje i pouczenia. Będzie analiza składu ciała, kontakt oraz kontakt na linii – trener-dietetyk. Będzie dieta wyprowadzająca i dieta stabilizująca masę ciała. Klient nie tylko musi się zmienić wizualnie, ale i też zmienić swoje myślenie i podejście do tematu.”
Powyższe ładnie podsumowuje moje dotychczasowe wpisy i myślę, że na tym zakończę „motywacyjną” część gadaniny o dietach. W następnej części przedstawię garść porad, których wdrożenie zapewni* osiągnięcie sukcesu 🙂
A dziś jeszcze wisienka na torcie – otóż jeszcze w tamtym roku ustaliliśmy z Monią, że w zimę masujemy (branżowe określenie nabierania masy mięśniowej :)), a od marca przechodzimy na dietę redukcyjną. Na początku myśleliśmy o powtórce z ubiegłorocznej diety, jednak po namyśle zdecydowaliśmy się na fachową pomoc i ustawienie diety przez kogoś doświadczonego. Startuję z poziomu dużo lepszego niż w tamtym roku (99 kg), zrobiłem zdjęcia, zmierzyłem się i na koniec redukcji podzielę się wynikami.
Chciałbym też zaproponować małe wyzwanie – bo z Moniką będziemy rywalizować ze sobą kto się ładniej odtłuści 😛 Co prawda gdy wrzucę zdjęcia „po”, to oczywiste że w głosowaniu publiczności wygra ona, ale co poradzić – taki świat 🙂 W każdym razie zapraszam do rywalizacji także Was. My daliśmy sobie 3 miesiące – co szkodzi spróbować także i Tobie, czytelniku? Niech ten post będzie iskierką, która rozpali w Tobie na nowo marzenia o sylwetce Adonisa (nie mylić z Dionizosem:P)

Uważny czytelnik może zauważyć pozorną niespójność, którą wprowadza ostatni akapit. Otóż przez dwa wpisy tłumaczę, że nie warto „kupować” diety u dietetyczki, a później ogłaszam, że sam taką zamierzam stosować. Jak powiedziałem – jest to tylko pozór. Otóż cały mój cykl porad jest adresowany wyłącznie do osób początkujących, nie mających nic wspólnego z tematyką zdrowego odżywiania. Uważam stanowczo, że w ich przypadku wyłącznie zmiana nawyków może dać pożądane, długofalowe efekty. Podobnie było w moim przypadku – najpierw zmieniłem sposób jedzenia w ogólności, a teraz (na, powiedzmy, drugim poziomie wtajemniczenia :P) skupiać się będę na szczegółach. Jak wyjdzie – zobaczymy już wkrótce.

*zapewni = da niezerowe prawdopodobieństwo 🙂