Trzymasz dietę? Umrzesz gruby.

3
2648
Alfred Hitchcock powiadał, że „film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie ma nieprzerwanie rosnąć”. Zgodnie z tą zasadą umieszczam miażdżący tytuł, a co będzie dalej, zobaczymy 😉  Budować tego rodzaju tytuły jest łatwo, ale wypchać artykuł interesującą i wartościową treścią, niezmiernie trudno. A gra warta jest świeczki – ten blog, w pierwotnym zamierzeniu, miał skupiać się na treściach związanych ściśle z programowaniem, a z pewnych względów koncentruje się raczej na kwestiach związanych z programistami. Niby nieduża różnica w słowach, wielka w treści. Tak mniej więcej przebiegała moja ewolucja – od skupiania się wyłącznie na stronie technicznej programowania, do przykładania coraz większej wagi do całej otoczki – komunikacji, skupieniu na pracy, innymi słowy – umiejętnościami miękkimi. Razem z tą ewolucją coraz większą uwagę zacząłem zwracać na ludzi – zarówno mi najbliższych, jak i dalszych – znajomych, współpracowników, kolegów i w ogóle obce mi osoby. Stąd też kolejny wpis dotyczący właśnie ludzi. Jeżeli ktoś, pod wpływem mojego wpisu technicznego zmieni swój sposób kodowania w jednym, niesłychanie hermetycznym, zakresie – to tak naprawdę ile to zmieni? Ale jeżeli zastanowi się nad życiem i być może zmieni je odrobinę na lepsze, to naprawdę artykuł jest wart każdego spędzonego nad jego pisaniem czasu.
A temat wagi jest niesłychanie istotny dla każdego. Wpływa na każdy aspekt naszego życia. Nasze zdrowie i samopoczucie, a przez to relacje z innymi ludźmi, a przez to na wszystko inne. Skąd to wiem? Także jestem człowiekiem i wiem jak to u mnie działa. Istnieje taka opinia, że większość ludzi uważa, że jest powyżej przeciętnej. Ja absolutnie nie. Przeciętnie jeżdżę samochodem, przeciętnie wychowuję dzieci itd., i to pozwala mi domniemywać, że jestem po prostu przeciętnym człowiekiem, który swoje odczucia może rzutować na pozostałą (przeciętną 😉 ) część społeczeństwa. I tak jest w tym przypadku. Temat wagi bardzo dużo dla mnie znaczy. Szczególnie teraz, gdy dowiedziałem się, jak to jest gdy człowiek zrzuci trochę ciała. Jestem bardziej zadowolony, mam lepsze relacje z żoną, lepsze wyniki w sporcie – a przez to zmieniają się pozostałe aspekty mojego życia. Mniej się denerwuję. Jestem mniej kłótliwy – a to w skali życia korzyści nie do przecenienia. I wiem jeszcze jedno – jeszcze parę lat temu, gdy ważyłem niecałe 130 kilogramów, za cholerę bym tego nie przyznał. Po pierwsze nie wiedziałem jak to jest być szczuplejszy, po drugie nie chciało mi się rezygnować z wygodnego życia i sam przed sobą udawałem, że wszystko jest w porządku. Jak się okazało po latach – nie było i w pewnym sensie i jakiejś części lata te zmarnowałem. Czytając ten artykuł zastanów się – jak to jest z Tobą? Nie musisz się tymi przemyśleniami dzielić – one są tylko dla Ciebie. Czy dobrze się ze sobą czujesz? Czy może mógłbyś/chciałbyś wyglądać lepiej? Dlaczego nie zrobić tego właśnie teraz?

Uściślijmy jeszcze pojęcie „wagi”. W tym wpisie rozumiem to raczej jako prawidłową budowę ciała, a nie wagę jako masę całkowitą tkanki. Można ważyć 120 kilogramów i wyglądać naprawdę świetnie, a można 90 i być grubym. To oczywiste.

Kobiety na tym zdjęciu ważą tyle samo – waga nie jest wyznacznikiem dobrej figury

 

Więc w drogę. Skąd taki tytuł? Otóż żyję wśród ludzi i zauważam, że coraz częściej niektórzy zauważają, że warto by „wziąć się za siebie”. Przez lata odłożyła się piękna oponka, waga podskoczyła, człowiek czuje się coraz gorzej, więc przydałoby się schudnąć. Co w takim wypadku należy zrobić? Przede wszystkim – udać się do dietetyczki. Wielu ludzi ma tendencję, żeby przed zabraniem się do czegokolwiek, obkupić się sprzętem, gadżetami itp., a gdy już wyda się mnóstwo pieniędzy na najnowocześniejsze akcesoria, rzucić wszystko w cholerę i złapać się czegoś innego. Moje podejście jest krańcowo różne – najpierw zaczynam coś robić, a dopiero długo, długo później zaczynam wydawać na to pieniądze. Oba pewnie są złe – najlepszy jest jak zwykle kompromis, ale podobnie sprawa ma się z tą dietetyczką. Pani ta najczęściej zważy, zmierzy, stwierdzi jak bardzo jest źle i… przygotuje dietę. I właśnie tę tytułową dietę spróbuję napiętnować w tym wpisie.

Dieta ta ma zazwyczaj postać starannie przemyślanych posiłków na każdą porę i dzień tygodnia. Posiłki te są szczegółowo opisane i zazwyczaj charakteryzują się niską zawartością węglowodanów i tłuszczy, a stosunkowo wysoką – białek. Człowiek zaczyna zatem dietę. Trzyma ją pilnie i już po kilku dniach zauważa pierwsze efekty – waga spada i to drastycznie. Juhu! Chudniemy!!! Chudniemy. Chudniemy mniej. Mniej. Mniej. I stoimy w miejscu. Co się dzieje? Przecież jemy jak pani przykazała, a tu nic. Nie tak miało być. Stajemy się coraz bardziej przygaszeni, a dodatkowo dieta zaczyna robić się uciążliwa, bo do cholery – jak długo można na śniadanie jeść ogórki z łyżką dżemu? W końcu, zazwyczaj po kilku(nastu) tygodniach zaczynamy się powoli wyłamywać. Najpierw w niedzielę – to dzień boży, nawet Stwórca odpoczywał w niedzielę – dlaczego nie można wtedy zjeść porządniejszego obiadu? No a skoro niedziela, to i sobota będzie okej. Rozciągnijmy to na weekend, czyli późny obiadek w piąteczek. Kolejno będą wyjątki na urodziny znajomego, wizytę gości, czy też nieparzysty dzień tygodnia. Dieta pada i człowiek koncertowo wraca do poprzedniej wagi z małym bonusikiem – w końcu trzeba się odkuć. Za jakiś czas znów spróbuje diety i znów mu nie wyjdzie – czy też – wyjdzie połowicznie. Kolejnym razem też, a kolejnego już pewnie nie będzie bo po co się starać skoro jak widać – nie wychodzi. Pewnie akurat ma taką budowę ciała, taką ciężką przemianę materii albo jest obciążony genetycznie lub ma chorobę – w każdym razie nie ma nawet co próbować jeszcze raz. I do końca życia będzie jaki będzie. A życie mamy tylko jedno – dlaczego tracić je na bycie grubym?

Umowa między klientką a dietetykiem

 

Pozwólcie, że wyjaśnię odrobinę powyższy fenomen. Człowiek z poprzedniego akapitu pracował na swoją wagę całe życie. Oczekuje, że sadło zgromadzone w ciągu lat trzydziestu, zrzuci w ciągu trzech tygodni. Gdy to nie wychodzi – to nie ma co próbować. Trochę podobnie jest z managerami projektu, którzy uważają, że kod pisany źle przez lata można będzie poprawić w dwa miesiące – tak się nie da! Kod spaprany przez lata trzeba niestety przez lata poprawiać, a sadło gromadzone przez lata można zrzucić szybciej, ale do końca życia trzeba o siebie dbać, bo ono wróci. A jak zauważyłem – nie można przez całe życie jechać na ogórkach na śniadanie, więc nie tędy droga.

Na diecie od pani dietetyczki na początku nie chudniesz. Zrzucasz wodę, którą napuchłeś – dlatego takie szybkie efekty. Potem pracowicie spowalniasz swój metabolizm brakiem węglowodanów w diecie. Twój organizm chudnie powoli, ale nie z tłuszczu (istnieje powiedzenie, że ten spalaja się w ogniu węglowodanów), ale z mięśni, których i tak zbyt wielu nie masz.  Proporcje twojego ciała zmieniają się – coraz więcej tłuszczu w stosunku do węglowodanów, czyni taką dietę podobną do rabunkowej gospodarki leśnej, gdy wycina się drzewa i nie sadzi nowych. Las niszczeje – tak samo jak Twoje ciało. Kolejne podejście do diety wystartuje z niższego pułapu i jeszcze bardziej pogorszy sprawę. Sinusoida dobrych nastrojów spowodowanych zrzuceniem wody oraz złych, gdy następuje zniechęcenie, osłabienie i w konsekwencji napady głodu, ma ogromny wpływ na psychikę człowieka, co czasem prowadzić może do różnych chorób związanych z odżywianiem, typu anoreksja, bulimia itp. Taka sytuacja, spowodowana niewiedzą w kwestii odchudzania jest szczególnie groźna dla młodych dziewczyn, które chcą wyglądać jak retuszowane modelki z okładek (których ciała, swoją drogą, nie umywają się do ciał zawodniczek fitness).

Różnica między celebrytką a fitneską wydaje się oczywista

 

Jeszcze, jako wisienka na torcie, mała dygresja dotycząca pracy dietetyczki. Otóż tak samo jak pośrednik nieruchomości nie ma żadnego interesu, żeby działać korzystnie dla swojego klienta, który chce kupić nieruchomość, tak i dietetyczka tak naprawdę nie ma żadnej korzyści z działania w długofalowym interesie swojego pacjenta. Jeżeli ułoży ona dietę pozbawioną węglowodanów, nastawioną na bardzo szybką utratę masy ciała, to efekty widoczne będą prawie natychmiastowo, ale będą bardzo krótkofalowe i źle wpłyną na cały organizm. To trochę tak jak z silnikiem samochodu wyścigowego, wyżyłowanym do granic możliwości, który bije rekordy toru, ale musi być wymieniany po każdym wyścigu. Dietetyczce zależy na tym, żeby klient szybko schudł, był zadowolony przez tę krótką chwilę i zapłacił jej za konsultacje.  Gdy klient dietę porzuci, bo na długą metę nie można inaczej, i wróci mu waga, to będzie jeszcze dodatkowy dowód, że dieta działała! Koło się zamyka – klient widzi, że tamta dieta działała, wraca po nią znowu, znów odpuszcza po jakimś czasie i scenariusz z poprzedniego akapitu powtarza się.

Obrazowe przedstawienie diety „od dietetyczki”

 

Pięknie, prawda? Dlatego właśnie uważam, że nie powinno się korzystać z usług dietetyczek. Jak na rynku nieruchomości – czasem da się trafić na dobrego, uczciwego pośrednika, tak i tutaj – pewnie jest wiele uczciwych dietetyczek, ale znowu czy tylko uczciwość sprawi, że dieta będzie dobra? Jak wszędzie – tutaj także rządzi przeciętność i bylejakość. Skoro można poprzestać na przepisywaniu ogórków na śniadanie i efekty są, to po co robić coś więcej?

Wyjaśniliśmy zatem co i jak, ale nie przejmuj się. Nie zamierzam skończyć na pokazywaniu co jest nie tak. Zamierzam pokazać, jak można to zrobić dobrze. Bez głodzenia się, bez jedzenia niesmacznych posiłków, ALE – co ważne – nie bez wysiłku. Bo bez niego się nie obędzie.

Przede wszystkim, aby zacząć zrzucać tłuszcz, nie mięśnie, należy sprowokować organizm, by sam to robił. Jak to osiągnąć? Dwa składniki – polepszenie przemiany materii oraz budowanie tkanki mięśniowej (która także polepsza przemianę materii – wbrew pozorom, ciężcy ludzie niekoniecznie potrzebują dużo kalorii – tkanka tłuszczowa ich nie potrzebuje, tkanka mięśniowa jak najbardziej). Przemianę materii polepszymy dobrym odżywianiem się (nie dietą w standardowym tego słowa znaczeniu), mięśnie zwiększymy treningami.

Jedzenie i ćwiczenia – tylko i aż tyle

I to koniec na dziś. W kolejnym wpisie pokażę jak się z tym wszystkim ogarnąć i zaprezentuję także wyzwanie, które chciałbym Tobie rzucić. Zastanów się proszę, czy to co napisałem ma dla Ciebie sens i jeżeli tak – zapraszam do następnego artykułu, już za kilka dni. Jeżeli nie – masz na to całe życie – tylko pamiętaj, że każdy dzień jest piękniejszy, gdy jesteś z sobą szczęśliwy.