Marek Hłasko i rozmowy polaków codzienne

1
427

Ostatnio miałem okazję przeczytać książkę Marka Hłaski „Piękni dwudziestoletni”. Mimo, że cała książka bardzo mi się podobała, to szczególne wrażenie wywarł na mnie jeden jej fragment. Hłasko odnosi się w nim do postaci Władysława Broniewskiego:

„Po roku 1956 ten stary i chory już człowiek miał na tyle odwagi, że do mnie, pętaka, podszedł i powiedział, iż prosi o przebaczenie. Nie, że przeprasza, ale że prosi o przebaczenie. Zrobiło mi się nieprzyjemnie; poszliśmy znów na wódkę i znów Broniewski mnie korygował aż do chwili, kiedy wspólnie straciliśmy przytomność usnąwszy na jednym łóżku, przy czym ja spałem przytulony do niego, jak szczenię do suki. Myślę o nim często; myślałem o nim czytając znakomity esej Miłosza o Gałczyńskim. Czyżby również i Broniewski był poetą dworskim? Mieroszewski napisał o nim, że Broniewski nie miał pojęcia o marksizmie, dialektyzmie, ekonomii i polityce. Komunizm urzekał go stroną malarską – pędzące nań w roku dwudziestym […] Tuchaczewskiego, piece Magnitogorska, elektrownie na Wołdze, Kanał Białomorski, w czasie budowy którego straciło życie ileś tam tysięcy, sybirskie bataliony idące na odsiecz Moskwy, mowy wojenne Generalissimusa Stalina, w których Stalin swym twardym i chropowatym głosem nakazał narodowi radzieckiemu wojnę świętą i ojczyźnianą – to był komunizm, który interesował Broniewskiego, Inne sprawy go nie interesowały; wybaczył im nawet pobyt w więzieniu; ponieważ mógł o tym wszystkim pisać
wiersze. Na całe moje szczęście ludzie nie brali nocnych telefonów Broniewskiego na serio, mogło się to skończyć dla mnie w sposób mało zabawny. Cóż mi jednak z tego, kiedy ja jestem takim samym Polakiem jak i on? Nie potrafię o nim myśleć inaczej jak dobrze; nie potrafię przestać czytać jego wierszy; i nie potrafię przestać ich kochać. I kiedy myślę o nim, przypomina mi się najgenialniejsza scena śmierci, jaką czytałem w Wojnie i pokoju, kiedy jeden człowiek umiera, a drugi pyta: „I gdzie on teraz jest?” Ja także pytam się siebie: I gdzie on teraz jest? Ten komunista nie znoszący partii; ten bolszewik zdobywający order za dzielność w walce przeciw innym bolszewikom; ten więzień Stalina, który chciał uwięzić innego człowieka za to, iż obraził jego oprawcę; ten wielki, nieszczęśliwy poeta i dobry człowiek – gdzie on teraz jest? Czy istnieje dla nas, ludzi, takie miejsce – jak w tej murzyńskiej pieśni – gdzie spotykamy się wszyscy: czyści, dobrzy i bez gniewu. A jeśli spotykamy się tam, to o czym będzie pisał i w co będzie wierzył?”
Mocne, prawda? „Nie potrafię o nim myśleć inaczej jak dobrze”. O człowieku, który próbował zadenuncjować go bezpiece.
Czytałem tę książkę w święta, a jak wiadomo jest to czas rodzinnych spotkań, które czasem są okazją do gorących dyskusji na tematy chyba nierozstrzygalne – czyli światopoglądowo-polityczne. I siedząc tak i słuchając emocjonalnych polemik o wyższości jednej partii nad drugą , trawiąc w pamięci powyższy fragment, zaczęła we mnie kiełkować pewna myśl. A co, jeżeli obie strony mają rację? I co, jeżeli tego miejsca, o którym pisał Hłasko, nie ma? Co, jeżeli nie będzie okazji spotkać się gdzie indziej – jako osoby dobre i bez gniewu? Co, jeżeli jedyne co nam dane to właśnie te świąteczne rozmowy, które uporem przekształcamy w kłótnie raniące serca bliskich nam osób?
Tyle pytań i znikąd odpowiedzi. Te musi każdy dać sobie sam.
Marek Hłasko

 

A przecież te wszystkie dyskusje, spory i kłótnie nie mają sensu. Nie podejrzewam nikogo o złe intencje – co więcej, jestem wręcz pewien, że każdy z rozmówców jest przekonany, że jego wizja świata, Polski czy człowieka jest tą najlepszą nie tylko dla niego, ale i dla każdego innego. Co więcej – jego wizja uszczęśliwi każdego człowieka na świecie i dlatego właśnie on chce wszystkich do niej przekonać i nie rozumie dlaczego jego rozmówcy nie mogą tego zrozumieć i z uporem ją odrzucają. Nie może zrozumieć, że osoba po drugiej stronie stołu jest dokładnie taka sama jak on. Chce właśnie dla niego jak najlepiej i też chciałaby, żeby on to zrozumiał. Mówią zatem tym samym polskim językiem o tych samych sprawach na które spoglądają z różnych punktów widzenia zależnych od wieku, bagażu doświadczeń, światopoglądu czy nawet samopoczucia. Mówią ze szczerym zapałem i chęcią zrobienia wszystkim jak najlepiej i stąd płynie dodatkowa frustracja – bo skoro on chce jak najlepiej, a jego starania są odrzucane, to chyba można się zdenerwować, prawda? No właśnie nie bardzo – bo kolejny raz wracamy do punktu wyjścia – każdy chce jak najlepiej.
Zarówno w skali mikro – w rozmowach przy stole, wujek Wojtek stojący twardo za opozycją, jak i dziadek Mietek broniący PiSu, jak i w skali makro – partie PiS oraz PO chcą jak najlepiej dla Polski. Ich celem jest potęga ekonomiczna silna gospodarczo i militarnie, w której prawa ludzi są respektowane i każdy obywatel jest szczęśliwy. Obie strony jednak mają różne programy dotarcia do tego Świętego Graala i nie zniosą żadnego przeszkadzania w tym zbożnym dziele. I piękne jest to, że każdy chce jak najlepiej – niech tak zostanie. Przestańmy jednak patrzeć na człowieka obok, także chcącego dobrze, jak na złoczyńcę próbującego okraść nas z kosztowności. Spójrzmy jak na człowieka, przyjaciela, którym tak naprawdę jest. I nie tylko przy stole wigilijnym, którego widok zainspirował mnie do umieszczenia tego wpisu, ale także w pracy, na płaszczyźnie zawodowej – twój kolega, z którym prowadzisz zaciętą dyskusję światopoglądową chce tego samego co ty – jak najlepszego rozstrzygnięcia sprawy. Pamiętaj o tym i nie doprowadź do sytuacji, gdy po rozmowie, w której powinieneś przekonać dyskutanta do swojego punktu widzenia, obrażasz go i zamykasz sobie jakąkolwiek dalszą drogę do porozumienia. Co więcej – tracisz nie tylko potencjalnego wyznawcę Twojej idei, ale kolegę, czy przyjaciela, bo powiedziałeś o jedno słowo za dużo. Słowo, które miało pokazać jak bardzo Ci na nim zależy, a stało się kamieniem rzuconym w jego kierunku.
Pamiętaj, że tego miejsca o którym pisał Hłasko pewnie nie ma. Jest tylko tu i teraz i nie będziesz miał kolejnej szansy na nic. Dbaj o to, żeby idąc przez życie nie ranić nikogo, na kim tak naprawdę Ci zależy. Szczególnie, jeżeli będziesz go ranił w tzw. „dobrej wierze”.
Tak rzewnie się zrobiło, że aż muszę zakwasić obrazkiem 🙂