Pre LEAP

1
425
Jak pisałem we wcześniejszym wpisie, firma Powel wysyła mnie na szkolenie LEAP prowadzone przez Microsoft w ich głównej siedzibie w Redmond, WA w dniach 30.01-03.02 br. O planowanym szkoleniu dowiedziałem się stosunkowo niedawno i informacja, że akurat ja zostałem wybrany do uczestnictwa w nim, sprawiła na mnie ogromne wrażenie. Wraz ze mną oddelegowano też dwóch kolegów z biura, dlatego od słowa do słowa postanowiliśmy wykorzystać sprzyjające okoliczności i przedłużyć pobyt w USA z tygodnia do dwóch, czy nawet – w moim przypadku – trzech.

W tym wpisie chciałbym krótko opisać nasze przygotowania do wyjazdu – być może akurat któremuś z czytelników przyjdzie coś ciekawego do powiedzenia i swoimi uwagami jeszcze bardziej ubogaci naszą wyprawę 🙂

Przede wszystkim należało uzyskać wizę niezbędną do wyjazdu. W tej chwili rejestracja odbywa się elektronicznie, na stronie operatora ambasady Stanów. Należy odpowiedzieć na tonę pytań typu „czy planuje Pan wzięcie udziału w zamachu terrorystycznym na terenie USA?”, przesłać elektroniczną wersję zdjęcia (nie trzeba przedstawiać fotografii analogowych) i wpłacić 160 dolarów po ustalonym przez operatora ambasady kursie. Cena zatem nie jest niska – w tej chwili lekko poniżej 700 złotych od głowy, ale wizę bardzo często dostaje się na 10 lat, więc koszt ten może rozłożyć się na kilka wypraw. Sama wizyta w ambasadzie jest dużo przyjemniejsza niż mogłoby się wydawać. Należy przyjść na określoną godzinę (w grudniu wolne terminy były od ręki – na następny dzień), oddać wyłączony telefon ochronie (nie można wnosić plecaków – można je zostawić na dworcu lub w galerii obok dworca (taniej), jeżeli ktoś nie przyjechał samochodem), przejść przez kontrolę ochrony i po strzałkach wchodzimy do jamy smoka 🙂 Najpierw podchodzimy do okienka, chwila pogawędki, odbieramy numerek-identyfikator, którym będziemy się posługiwać dalej i przechodzimy – najpierw do pobrania odcisków palców (elektronicznego), a następnie do poczekalni, gdzie spokojnie patrzymy na zmeniające się liczby informujące o postępie trzeciej i ostatniej rozmowy z przedstawicielem konsula. Wszystko tak jak w bardziej nowoczesnej przychodni. Rozmowa z „konsulem” przebiega bardzo sprawnie. Nie przedstawiamy żadnych dokumentów. Odpowiadamy na standardowe pytania typu „kiedy, po co, do kogo, kto finansuje podróż” – nic specjalnie skomplikowanego. Nie warto opowiadać historii życia, bo podsłuchiwałem ludzi i wtedy dłużej się tam rozmawia. Odpowiadałem krótko i na temat, a cała rozmowa zamknęła się może w trzech minutach. Na koniec pan pogratulował mi uzyskania wizy i tyle tego było.
Jak powiedziałem – wizyta nie była przykra, wręcz przeciwnie, ale w całym procesie czuje się dawno minione czasy wielkości Stanów, gdy były one mekką wszystkich emigrantów ekonomicznych i musiały się bronić przed zalewem masą niewykwalifikowanych robotników. Teraz sytuacja diametralnie się zmieniła, a procedury jak były, tak i zostały. No ale cóż – są gospodarzami, trzeba się dostosować.

Paszport z wizą otrzymałem dwa dni po wizycie w ambasadzie – wielki plus za sprawną obsługę.

Po uzyskaniu wizy można rezerwować bilety lotnicze. Naturalnym wyborem wydała nam się Lufthansa i postanowiliśmy podróżować z tymi liniami.

Mimo 11 godzin podróży przez ocean, na miejscu znajdziemy się trzy godziny po wylocie 🙂

Należy też zaopatrzyć się w ubezpieczenie turystyczne. Ceny leczenia w Stanach są horrendalne i stanowczo lepiej nie pominąć tego kroku. Należy pamiętać o przeczytaniu OWU – ubezpieczenia są naprawdę różne i firmy ubezpieczeniowe próbują często różnych „sztuczek”. Jedną z nich jest na przykład wysoka kwota ubezpieczenia w razie wypadku, ale z wyłączeniem opieki ambulatoryjnej, gdzie kwota jest ograniczona do np. śmiesznych 2 tysięcy dolarów, które w przypadku Stanów prawie na pewno nie wystarczą przy jakimś nieszczęściu. W tej chwili nie mam jeszcze ubezpieczenia i waham się między Axa oraz Generali – obie mają, wydaje się, dość porządne oferty, ale jeszcze muszę się wczytać. Jeżeli ktoś ma doświadczenie z ubezpieczeniami, proszę o kontakt.

Najlepiej polecieć. Wolałbym pojechać rowerem, ale czas nagli…

Gdybyśmy lecieli tylko na szkolenie, to byłoby chyba wszystko. Na szczęście jednak moi towarzysze podróży mają bardzo fajne podejście do życia i zaprezentowali mi wstępny plan zwiedzania, na który z ochotą się zgodziłem. Z grubsza wygląda to tak, że po zakończeniu szkolenia lecimy do Las Vegas. Tam wynajmujemy samochód i robimy wycieczkę do Wielkiego Kanionu oraz zapory Hoovera, a także zwiedzamy miasto. Kto wie – może stracę odrobinę cebulionów w którymś z kasyn? 😛 Następnie podróż samochodem do San Francisco z uwzględnieniem takich atrakcji jak Narodowy Park Sekwoi oraz Park Yosemite. Kilka dni w San Francisco i rozstanie – ponieważ ja planuję jeszcze lot do Nowego Jorku i odwiedzenie rodziny 🙂

Trasa do SF będzie trwała prawie prawie tydzień. Przystanki w DeathValley, Sequoia Park oraz Yosemite.

Nie mam jeszcze zielonego pojęcia co najbardziej warto zwiedzić w obu wielkich miastach (SF i NY) – będę to jeszcze sprawdzał, a może ktoś z Was podpowie coś ciekawego? (niezawodna Agata? :))

Podróż skończy się szczęśliwie po kilkunastu godzinach lotu z przesiadką w Monachium 🙂 Tak to sobie wymarzyłem 🙂

Z tego wszystkiego całe szkolenie w Redmond zostaje zepchnięte niejako na drugi plan. Człowiek bardzo łatwo zapomina, że pierwotnym celem była tylko i wyłącznie wizyta w siedzibie Microsoftu. Prawdopodobnie jednak nie znajdzie się zbyt wielu ludzi, którzy potępią to podejście – podróż po szkoleniu wydaje się dużo bardziej ekscytująca niż spędzenie trzech dni siedząc na krzesłku i słuchając prelekcji tuzów korporacji, oraz następnych dwóch na tzw. hackatonie (choć akurat to brzmi dużo ciekawiej 🙂 ).

To tyle tej krótkiej zajawki. Z pewnością po powrocie podzielę się wrażeniami ze szkolenia i podróży. Jeżeli ktoś z Was ma jakieś rady i wskazówki, proszę o kontakt lub komentarz pod postem – z góry dzięki!