Wyprawa w Tatry dla zakochanych

1
128

W ostatnim wpisie tego typu opisywałem swoją drogę, czy też raczej początki drogi do życia jako wysportowany, zadowolony z siebie człowiek. Skupiłem się tam na sporcie i jego roli w moim życiu – jak stopniowo ewoluowała i stawała się coraz ważniejsza. Nie samym ciałem człowiek jednak żyje i chciałbym dziś skupić się na stronie „duchowej” 🙂 Jak wiadomo, programista do życia nie potrzebuje wiele – mityczne piętnaście tysięcy na rękę, komputer z IDE i wolną rękę od szefostwa, żeby mógł robić to co che i jak chce 😛 A poważnie – praca jest oczywiście ważna, w moim życiu mogę wydzielić trzy najważniejsze dla mnie sprawy – rodzina, sport i praca – koniecznie w tej kolejności. Nie oznacza to, że praca jest najgorsza – po prostu jest ostatnia na liście najważniejszych dla mnie rzeczy (to taka uwaga, jakby ktoś z szefostwa dowiedział się o tym blogu).

Więc było o sporcie, zatem dziś o rodzinie. I to nie o wszystkich z nią związanych sprawach, ludziach itp., ale o małym wycinku – małżeństwie.
Truizmem jest twierdzenie, że żona jest podporą męża – a przynajmniej powinna być. Nie będę się koncentrował na patologiach (moim zdaniem), gdy mężczyźni narzekają w swoim gronie na swoje żony, jak to one nie dają im spokoju, marudzą, męczą itp. Jak muszą ukrywać przed nimi pewne rzeczy itp. Jest to tak słabe, że aż szkoda komentować, a jednak z pewnością każdy z nas ma takich kolegów, którzy, wydaje się, żyją w nieszczęśliwym związku. Na drugim końcu spektrum znajduje się sytuacja, gdy żona stanowi nie tylko kobietę, która prowadzi Twój dom czy zajmuje się dziećmi, ale jest partnerem, z którym idziesz przez życie, który nigdy Cię nie zawiedzie, którego cele zbieżne są z Twoimi i wiesz, że zawsze możesz na niego liczyć. Jak kogoś takiego znaleźć? Podejrzewam, że można by na ten temat pisać książki, a na pewno nie można tego streścić w jednym, choćby długim wpisie. Chciałbym jednak powiedzieć jak mi się wydaje, co trzeba robić żeby taki związek pielęgnować. Albo nie – nie powiem co trzeba robić. Powiem, co ja ostatnio zrobiłem i jak to się udało. Nie pretenduję do roli mentora, szczególnie w tak delikatnych rzeczach.
Rutyna zabija. Rutyna, czyli codzienna praca, obowiązki domowe, zajęcia z dziećmi. Jest tego tyle, że człowiek zaczyna chodzić jak robot – ja rano na rower, praca, rower, obiad, siłownia, chwila odpoczynku i spać. Monia – z rana odprowadzić dzieci, obowiązki domowe, obiad, znów dzieci, potem, gdy ja wracam, ona na siłownię i spać. I tak żyliśmy sobie obok siebie, mijając się tylko. Z czasem wszystko powszednieje, a związek staje się tylko rutyną. Nawet wakacje z dziećmi polegają nie na wypoczynku, a na zajmowaniu się nimi i ewentualnie wypoczynku… Dlatego w tym roku, po raz pierwszy od bardzo dawna powiedzieliśmy – STOP. Dzieci są już na tyle duże, a dziadkowie tak chętni do ich przygarnięcia na parę dni, że mogliśmy je spokojnie oddać w dobre ręce a sami postanowiliśmy wyjechać na zasłużony urlop. Pytanie – gdzie – nie było wcale pytaniem, bo dobrze wiedzieliśmy co lubimy najbardziej – góry oczywiście 😉

Mieliśmy do wyboru Tatry – tyle, że z dwóch stron i mimo obaw postawiliśmy na Zakopane. Mimo tego, że nasłuchałem się o tym mieście wiele złego, zaryzykowaliśmy i od razu zdradzę, że naprawdę urzekła mnie ta miejscowość. Może nie ona sama, ale jej lokalizacja – sąsiedztwo przepięknych Tatr Zachodnich. Dotąd zresztą nawet nie wiedziałem, że to Zachodnie 🙂

W trakcie przygotowań do wyjazdu

 

Już sam dojazd był bardzo fajny. Jak zwykle wyjechaliśmy w nocy, a dojechaliśmy po ponad 8 godzinach – korki za Krakowem są przepotężne, ale mimo tego dzięki nieobecności dzieci i ich marudzenia typu „daleko jeszcze” była to przyjemność. Fajnie było rozmawiać z żoną bez przeszkadzajek typu „mamo, chcę pić/jeść/nudzi mi się” 🙂

W Zakopanem mieliśmy już zamówiony pokój w bardzo fajnej lokalizacji – dalej od centrum, ale bardzo blisko skoczni narciarskiej, przez co dojście do TPN (Tatrzańskiego Parku Narodowego) trwało tylko kilka minut. Rozpakowaliśmy się, ogarnęliśmy zaopatrzenie i… w drogę – było jeszcze wczesne popołudnie więc postanowiliśmy zrobić mały rekonesans – dojść na Sarnią Górę i pokręcić się troszkę po lesie. I jak zwykle dorwaliśmy się jak… do sera – ludzie szli normalnie po górkę, zatrzymując się po drodze, ale my? Będziemy się zatrzymywać? To dla lamusów – huzia pod górę w tempie prawie 5km/h – śmiesznym w Gdańsku, ale dość poważnym, gdy idzie się pod dość stromą górkę po śliskich kamieniach. Do Sarniej doszliśmy szybciutko, tam krótki odpoczynek, kilka fotek i w dół. Żeby nie było nudnawo, to nie wracaliśmy tą samą drogą, a wybraliśmy fajny czarny szlak do Kalatówek i z powrotem przez Kuźnice do kwatery.

Na Sarniej Skale

 

W trakcie pisania powyższych słów wszedłem na pierwszy lepszy blog o górach i zobaczyłem, że mój opis zupełnie nie oddaje piękna gór, wszystkich mijanych atrakcji itp., dlatego nawet nie będę silił się na tego rodzaju opisy przyrody. Ludzie zrobili to dużo lepiej ode mnie. Zastanowiłem się tylko pokrótce – dlaczego tak jest? Po chwili już wiedziałem – po prostu nie zależy mi na kontemplowaniu piękna gór, ale raczej na wyzwaniu, jakie one stwarzają. Nie jestem typem człowieka zatrzymującego się na każdym kroku i podziwiającego co tylko podziwiać można, ale raczej rajdowcem, który ma oczy wlepione gdzieś w odległy cel, do którego będzie dążył za wszelką cenę, nie zwracając uwagi na mijane cuda natury. Powoduje to, że nie będę silił się na opisy piękna Tatr Zachodnich – inni ludzie zrobili to już za mnie i wystarczą dwa kliknięcia, żeby rozkoszować się ich opisami. Zaoszczędzi mi to pisania o czymś, co nie do końca rozumiem, a skupię się na meritum tego posta.

Odpoczynek pod krzyżem na Giewoncie

 

Pierwszego dnia zatem przebiegliśmy się na Sarnią Skałę, dnia drugiego wybraliśmy się na Giewont. Najpierw tam w dobrym tempie (niesamowitą frajdę sprawiało mi wyprzedzanie ludzi wspinających się w tym samym kierunku. Pamiętałem jak jeszcze kilka lat temu to ja byłem w pozycji wyprzedzanego i jak zazdrościłem ludziom, którzy szli szybciej ode mnie. Teraz ja byłem tym szybszym i czerpałem radość z tego faktu – setki godzin treningów na rowerze i w siłowni owocowały właśnie na tamtych górskich szlakach), potem na Kopę Kondracką, z powrotem trawersem do Kuźnic i na kwaterę. Po południu zasłużony mega hamburger na Kalatówkach, ogromne rożki lodów naturalnych, spacer po mieście i wieczór we dwoje na balkonie kwatery.

A po udanej wyprawie mega burger na Kalatówkach

 

We środę padało – ale i z tego można zrobić fajną zabawę, jeżeli ma się z kim 🙂 We czwartek wybraliśmy się na Czerwone Wierchy. Wiało okrutnie, Moni odnowiły się stare kontuzje, ale zacisnęła zęby (za co pogratulowałem jej wtedy i dziękuję ponownie teraz – wiem ile wysiłku ją to kosztowało) i weszliśmy na te szczyty. Na Krzesanicy siedzieliśmy we mgle i zajadaliśmy żelkowe dżdżownice – pamiętam to jakby to było dzisiaj i na wspomnienie tamtych chwil uśmiecham się do siebie 🙂 W piątek relaks w Białce Tatrzańskiej, wybieranie prezentów dla dzieciaków, ostatnie lody naturalne i w sobotę powrót do rzeczywistości. Podróż powrotna trwała bite dwanaście godzin, ale i z niej mam jak najlepsze wspomnienia. Normalnie dwanaście godzin w fotelu to mordęga, ale gdy siedzisz w wygodnym fotelu, masz obok osobę z którą możesz prowadzić ciekawe rozmowy o wszystkim, to zupełnie zmienia postać rzeczy i nagle podróż staje się czymś wspaniałym – a nie smutną koniecznością.

I deserek oczywiście – lody naturalne rządzą 🙂

 

I to w sumie tyle. Po co w ogóle ten post? Pomijając oczywiście bezwstydną chęć pochwalenia się (wybierzcie sobie czym – żoną, samochodem, dziećmi, możliwością wyjazdu w góry) …? Otóż jak zaznaczyłem we wstępie – uważam, że małżeństwo to najważniejsza sprawa w życiu. Osoba, z którą spędzasz życie jest zarazem osobą, na której powinno zależeć ci najbardziej na świecie. To twój partner, twoja podpora w trudnych życiowych momentach oraz osoba z którą dzielisz momenty szczęśliwe. Warto pielęgnować tę relację. Wyjazd tego typu jest czymś naprawdę dużym. Wiąże się z wydaniem określonej ilości pieniędzy, planowaniem, urlopem w pracy itp. Nie zdarza się zbyt często. Ale w życiu codziennym także można starać się zbliżyć do siebie. Naturalnym wyborem wydają się wieczory. Dzieciaki nie muszą kłaść się spać o 22, tylko o 20 już leżeć w łóżkach. Czas tylko razem można spędzić oglądając razem jakiś film, rozmawiając nawet o prostych, codziennych sprawach, a nawet poświęcając go na pracę nad swoimi rzeczami można to robić siedząc w jednym pokoju, czerpiąc radość nawet z prostego bycia razem. To naprawdę dużo daje – dla mnie spokój w domu przekłada się automatycznie na lepsze wyniki w pracy. Lepsze relacje z kolegami z biura, a nawet pisanie lepszej jakości kodu – gdy nie muszę martwić się problemami domowymi, a mogę ze spokojną głową zagłębić się w naturze problemów, które trapią klienta.

Tak, że warto – powie Ci to nie tylko żona, ale i szef i koledzy z pracy – pielęgnuj swoje małżeństwo – to zaprocentuje 🙂

Do dziś pamiętam jak wspaniale smakuje omlet w takich okolicznościach 🙂

 

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here