Performens, czyli przedstawienie dla ubogich

3
593
Dawno temu nauczyłem się, że wydarzenia organizowane „za darmo” wcale darmowe nie są. Nie płaci się za nie pieniędzmi, ale przede wszystkim czasem, rozczarowaniem, nudą, zdenerwowaniem.
Nie inaczej działo się wczoraj. Co jakiś czas mówię sobie – „wydarzenie XXX wygląda interesująco, pójdę i zobaczę, a nuż pozytywnie się zaskoczę” – tym razem wydarzeniem tym były „Obrazy ogniem malowane” organizowane przez Gdański Archipelag Kultury „Plama”. Nazwa tej instytucji w tym kontekście jest jak najbardziej uzasadniona.

Jeżeli, czytelniku, masz chwilę czasu, zapraszam Cię do przeczytania tego reportażu z imprezy. Jak widać, udało się – wszystko poszło wspaniale, były performensy, instalacje, sztuka najwyższych lotów, a to wszystko… za darmo – mało nie jak w Erze.

A teraz moje pięć groszy – może trochę przejaskrawione, ale szczere. Porównaj i wyciągnij wnioski.

Po wyjściu z samochodu skierowaliśmy się na teren przedstawienia idąc za ludźmi. Po wyjściu zza budynku ukazał nam się dość spory tłum. Zachęcony pomyślałem – to już TO. Wcisnąłem się między nich i stwierdziłem, że tłum patrzy się na palące się łóżko. Nie całe – tylko ramę, ale za to z napisami, które na pewno zmieniały palące się drewno w dzieło sztuki. Za reżyserem, Markiem Brandem:

„Na początku miałem zrobić tylko małą instalację. Pomyślałem sobie, że chciałbym spalić wszystkie swoje złe sny, złe myśli. Ten pomysł dojrzewał długo, biłem się z myślami. Miałem takie łóżko, które ciągle mnie intrygowało, zastanawiałem się, co z nim zrobić – czy spektakl, czy w jakiś inny sposób je wykorzystać. Wymyśliłem, że na Obrazy Ogniem Malowane chciałbym to łóżko spalić. Ale nie tak po prostu, tylko, żeby to coś znaczyło (…)”

No cóż, być może się udało. Ludzie wyglądali, jakby się to drewno podobało. Z drugiej strony podobały się też i miały powodzenie koksowniki porozstawiane na trawniku – jedna z niewielu dobrych stron tego iwentu.

Łóżko dymiło, więc przeszliśmy do koksowników – tam przynajmniej było ciepło i nie śmierdziało. Poza tym niezbyt wiele zostało do zobaczenia. Z jednej strony były porozstawiane jakieś rzeczy oświetlone lampą – zakładam, że to instalacja, ale ludzie się tu nie kłębili, więc może po prostu wystawione za drzwi śmieci – nie znam się.

Z drugiej strony jacyś ludzie w ochronnych ubraniach używanych do malowania udawali, że coś robią. A to machali latarką, a to jeden z nich przechodził a’la marszowym krokiem po zrobionym wcześniej (za pomocą taśmy plastykowej) ścieżce. Gdy spróbowałem do nich podejść i zapytać się, o co tu chodzi, dowiedziałem się tylko (najpierw próbowali do mnie gadać na migi, ale zbyt mało rozgarnięty jestem by takie rzeczy zrozumieć), że ta instalacja to teren performensu i że mam ten teren opuścić. Nic więcej istota w ochraniaczu powiedzieć nie mogła, czy nie umiała, więc poszedłem dalej. Co prawda ludzie ustawiali się w kolejce, żeby jedna istota oświetliła ich i… nie wiem co, bo dalej nic się nie działo – po prostu z tej kolejki się wychodziło. Czujecie absurd tego co mówię? Tak samo się czułem ja.

O mały włos byłbym zapomniał o innych instalacjach – oddaję głos www.gdansk.pl:

„Oprócz łóżka ze złymi snami i myślami, przed Plamą stanęło pięć instalacji. Wśród nich była żyrafa, której długa szyja widowiskowo płonęła, a także koszmar najmłodszych widzów – prace domowe. Rzeźbom towarzyszyły (…)”

Gdyby nie artykuł, nie wiedziałbym, że to wszystko to były rzeźby. W sumie rzeźba może być i glacjalna, więc dlaczego nie taka? Dla mnie to może i były: rama starego łóżka z napisami, rysunki wiszące na sznurku, jakaś lalka plastykowa, no i zrobiona z papieru karykatura żyrafy. Co zawiniła komu żyrafa – nie wiem. Dlaczego zamiast żyrafy nie spalono np. słonia? Nie mam pojęcia. Może znów odwoływano się do moich najwyższych uczuć i znów zawiodłem?

W końcu, z około półgodzinnym poślizgiem, rozpoczęło się przedstawienie ludzi w białych getrach (białe getry nie wybaczają…). Tu przynajmniej sobie coś tam poskakali, coś pobiegali, płonące kopcie, które trzymali w rękach zgasły i całość się zakończyła. No cóż – na tle pozostałych performensów na pewno poszło im świetnie. Porównanie do jakiejkolwiek płatnej sztuki już tak różowo nie wychodziło, ale dzieciom się podobało, więc przynajmniej ten jeden performens uratował cały iwent.

Wstyd się przyznać, ale więcej moja nieokrzesana dusza prostaka wytrzymać nie mogła. Ani to fajne, ani przyjemne, zimno do tego, więc zapadła decyzja – Albercik, wychodzimy i tyle.

Jak było naprawdę – biorąc pod uwagę te dwa powyższe sprawozdania, ciężko ustalić – ja wiem jedno, tego typu performensy będę omijał szerokim łukiem – przynajmniej dopóki znów nie zapomnę, że powinienem.

A i jeszcze, żeby nie było, że potrafię tylko krytykować, nie proponując nic w zamian, a przy okazji wplotę coś ze swojej działki – przede wszystkim zawiodła komunikacja. Zarówno w projektach IT, jak i życiu codziennym rodziny to właśnie komunikowanie się ze sobą jest najważniejsze. Pomaga uniknąć nieporozumień, czyni pracę bardziej wydajną, nadaje sens pewnym czynnościom, które bez komentarza byłyby niezrozumiałe.

Gdyby performensom towarzyszył komentarz – co się dzieje, dlaczego, o co w ogóle chodzi, naprawdę wiele by to zmieniło. Gdyby poszczególne performensy miały jasno określoną godzinę startu – też byłoby inaczej. Człowiek wiedziałby na czym stoi, co ma ze sobą zrobić. Jakikolwiek jasno zakomunikowany plan całości też by dużo dał. Tylko tyle i aż tyle – być może następnym razem?