Rowerowy czerwiec 2016

1
316

Intro

Po pierwsze – kilka słów wyjaśnień. Nie przestałem pisać na blogu. Tzn. przestałem tymczasowo 🙂 Najprawdopodobniej częstotliwość dodawania wpisów spadnie drastycznie w porównaniu z początkiem – pisanie postów okazuje się dużo, dużo bardziej czasochłonne niż to zakładałem. Nie chcę iść na łatwiznę i gdy zaczynam artykuł, staram się zgłębić temat jak najbardziej, przez co czas wydłuża się niemiłosiernie. To, w połączeniu z większą ilością obowiązków zawodowych, spowodowało, że chwilowo przestałem pisać.

Pierwotnie ten wpis miał pójść bezpośrednio na Facebooka, ale doszedłem do wniosku, że skoro jestem właścicielem bloga, to dlaczego nie dać go tu – dzięki temu będzie łatwiej dostępny dla potomnych i będę miał większą nad nim kontrolę (choć niestety nie całkowitą). Od teraz prawdopodobnie wszystkie większe wpisy, nieważne czego będą dotyczyć, będę umieszczał tutaj, a na FB dawał tylko linka.

Postaram się też skrócić posty – przynajmniej te nietechniczne – piszę to tym, żeby bardziej wtarło się w głowę 🙂

I jeszcze odnośnie tematyki: na początku myślałem o tym blogu jako o blogu programistycznym, ale w sumie dlaczego nie miałbym tu umieszczać innych swoich wypocin? Przecież i tak nikt tego nie czyta :> (wiem, że wyszperaliście, chłopaki. Ciekawe, czy znajdziecie pozostałe dwa 🙂 )

Do pracy można dojeżdżać i przez Tczew :>

Zatem do rzeczy

Jakiś czas temu obiecałem na FB, że przestanę chwalić się nachalnie swoimi rowerowymi „osiągnięciami” i następny wpis popełnię, gdy przekroczę tysiąc kilometrów w danym miesiącu. To właśnie ten moment, a raczej nadszedł on z końcem czerwca, kiedy to piękną, trzydziestokilometrową, klamrą spiąłem miesiąc, który zakończył się nieosiągalnym jak dotąd dla mnie wynikiem tysiąca trzystu kilometrów.

Miesięczny rozkład kilometrów z ładnym pikiem w czerwcu

 

Rekord o tyle piękny, że cały kilometraż był zrobiony tylko i wyłącznie na trasie dom-biuro. Rzecz o tyle ciekawa, że z pracy do biura i z powrotem samochodem jedzie się jakieś dwadzieścia kilometrów, a średnia rowerem to kilometrów sześćdziesiąt.

Najkrótsza, optymalna droga do pracy wg Google Maps

 

Ot – po prostu wkręciłem się, a pogoda była tak piękna, że nie bacząc na nic postanowiłem „odrobinę” nadkładać drogi tak, by jeszcze bardziej umilić sobie życie.

 

Miesięczny rozkład treningów

 

Przez pierwsze tygodnie jeździłem standardowo, po ok. 200 kilometrów miesięcznie, potem pogoda się polepszyła, wsiadłem mocniej na kolarzówkę i zacząłem dojeżdżać po niecałe 80 kilometrów dziennie, przez co wyniki tygodniowe wzrosły do ponad 300 kilometrów. Jednak coś za coś – zrezygnowałem już wtedy prawie całkowicie z siłowni…

Rozkład tygodniowy w czerwcu

 

Na ten „standard” pracowałem przez kilka lat – pamiętam, jak jeszcze pracując w Holte, zaczynałem dojeżdżać na trasie 20 km – najpierw raz w tygodniu, potem trzy razy i po jakimś czasie pięć, co wydawało się nadzwyczajnym wysiłkiem – do poprzedniej pracy miałem tylko 8 kilometrów i po tej trasie umierałem :). W tej chwili robię MTB standardowo 22 km w jedną stronę, a kolarzówką jest to odpowiednio 45 kilometrów do pracy, a 35 kilometrów z firmy do domu.

Przykładowa czerwcowa trasa do biura

 

Teraz, gdy robię te niecałe 80 kilometrów dziennie, czuję to w nogach, ale przypominam sobie niejasno, że bardzo podobnie czułem się zaczynając trasy dwudziestokilometrowe. I zastanawiam się – gdzie jest granica? Prawdopodobnie tylko w mojej głowie. Zobaczymy za jakiś czas, czy te przebiegi osiemdziesięciokilometrowe utrzymają się – czy dam radę je utrzymać, a jeżeli tak, to czy nagle nie zachce mi się jeszcze więcej…

Ten wpis jest wstępem do następnego. Dzielę jeden, bardzo długi post na mniejsze, bo jak wiadomo, każda metoda powinna robić jedną rzecz (taki branżowy żarcik milohdzie). Niedługo wypuszczę część drugą – o mojej szafce, trzecią o wakacjach itd. A wszystko to spięte myślą przewodnią – zdrowiem i jego wartością dla młodego człowieka, którym jeszcze jestem 🙂