Egzamin na patent strzelecki – 150% normy

0
2091

W ubiegłą sobotę miałem wątpliwą przyjemność przystąpić do egzaminu na patent strzelecki organizowany przez PZSS na strzelnicy Gdańskiego Centrum Strzeleckiego. Piszę „wątpliwą” z dwóch powodów – po pierwsze, jak każdy egzamin, tak i ten był dla mnie dość dużym obciążeniem psychicznym. Po drugie, organizacja była tak słaba, że do wysokiego poziomu stresu doszedł wysoki poziom wkurzenia. Postaram się opisać wszystko po kolei, w razie pytań proszę o komentarze.

Egzamin miał się rozpocząć o godzinie 9. Umówiłem się z Radosławem (z którym razem przygotowywaliśmy się do egzaminu) na 8:30 ponieważ poinformowano nas, że wcześniej będzie lekarz i będzie można uzyskać zaświadczenie niezbędne do złożenia wniosku o egzamin. Zakładaliśmy, że pół godziny wystarczy i bardzo się pomyliliśmy.

Po przyjściu na miejsce byłem bardzo zestresowany.

O 8:25 przed klubem było już około pięćdziesięciu osób. Napływały też nowe. Widać było grupki znajomych popalających papierosy, douczających się ze ściąg, wymieniających informacje – typowy widok przed egzaminem na uczelni 🙂

Spacerowałem sobie dość długo w oczekiwaniu na Radosława, gdy nagle ktoś zlitował się i krzyknął, że gdyby ktoś chciał do lekarza, to on już dawno przyjmuje. Okazało się, że jedna z dużych grup popalających papierosy to właśnie kolejka do badania… Świetna sprawa – żadnej informacji, kartki, czegokolwiek – ot, normalny przykład bezmyślności. Ale nic – stoję w kolejce i drżę, bo na dworze około 1 stopnia Celsjusza. Przede mną jakieś 20 osób i idzie to wszystko jakoś podejrzanie sprawnie – w mig pojąłem dlaczego i moje podejrzenia potwierdziły się w 100%. Powiedzieć, że badanie było bardzo pobieżne, to zbyt wiele. Na szczęście cena była ustandaryzowana i wynosiła 50 złotych, które przeszło z ręki do ręki a na moim wniosku pojawił się kolejny podpis (pierwszym było potwierdzenie, że jestem członkiem klubu od co najmniej trzech miesięcy). Dowiedziałem się także, że moje ciśnienie górne to 140 – czułem się dumny bo niektórzy kandydaci do laurów olimpijskich mieli nawet 180 – widać papierosy i stres robiły swoje 🙂

Po badaniu lekarskim byłem bardzo zestresowany i zziębnięty.

Pierwsze zwycięstwo za mną, ale wymarzłem się okrutnie i dłonie zaczęły jeszcze bardziej drżeć. Teraz kolejka numer dwa – do zapisów na egzamin. Tutaj szło jak przysłowiowa krew z nosa i zastanawiałem się dlaczego – dopiero pod koniec okazało się, że pan przyjmujący zapisy musiał dane z kartki przepisać do komputera a następnie jeszcze albo przyjąć pieniądze, albo sprawdzić potwierdzenie przelewu. Pisanie na klawiaturze małego laptopa szło dość powolnie i stąd długi czas oczekiwania.

Po zapisaniu się na egzamin byłem bardzo zestresowany, zziębnięty i głodny.

Teraz raz kozie śmierć – egzamin teoretyczny. Jako, że kolejka na zapisy to wąskie gardło procesu, na teorii kolejek już nie było. Zagadałem do ludzi, którzy akurat skończyli pisać, ale ci zdawkowo i bardzo tajemniczo powiedzieli tylko, że pytania bardzo trudne i nie pamiętają absolutnie żadnego z nich. Dziwne, ale znam ten rodzaj pomroczności i wiem z czego on wynika. Po co pomagać obcym nawet, jeżeli nie są żadnymi rywalami 🙂

Wielkim plusem teorii było to, że można było wchodzić od razu, a nie czekać na zebranie się całej grupy. W regulaminie czas na napisanie to 20 minut, w praktyce to niecała połowa czasu – albo umiesz, albo nie i nic tu nie pomoże. Tzn. widziałem, że pomagać sobie było można 🙂 Ale na szczęście 8 z 10 pytań było oczywistych dla każdego, kto przygotował się tak dokładnie jak ja z Radosławem. Odpowiedzi na pozostałe dwa nie znaliśmy, ale przez proste wykluczenie niepasujących odpowiedzi wybraliśmy te dobre.

Przykładowe pytanie z odpowiedziami:


Do strzelania konkurencji zatwierdzonych przez Międzynarodowa Federacje Sportu Strzeleckiego (ISSF) zabronione jest używanie m.in.:

A amunicji centralnego zapłonu o kalibrze mniejszym niż 8 mm (.315″)
nabojów smugowych, przeciwpancernych, zapalających
C amunicji z pociskami wykonanymi z ołowiu lub podobnego, miękkiego materiału


Jak widać, trzeba naprawdę być koncertowo nieobytym z tematyką, żeby odpowiedzieć źle i wszystkie pytania z mojego zestawu były na tę samą modłę – dwie odpowiedzi oczywiście, lub prawie oczywiście, złe oraz jedna dobra. W sieci krążą dwie, bardzo podobne, wersje pytań egzaminacyjnych. Tego typu pytań można się spodziewać na teorii, trzeba tylko uważać, bo niektóre odpowiedzi w tych zestawach są błędne lub przestarzałe. Najlepiej poczytać ustawę, przewertować, przynajmniej pobieżnie, regulaminy ISFF dotyczące konkurencji sportowych i może jeszcze pytania dotyczące odpowiedzialności karnej za wykroczenia/przestępstwa związane z bronią. Wszystkie dokumenty, z których się uczyłem można znaleźć w linkach znajdujących się tutaj (i odpowiednio głębiej).

Oddaliśmy karty egzaminacyjne i poszliśmy na oś krytą, żeby poczekać na wyniki teorii i ewentualnie przystąpić do części praktycznej. Rano myślałem, że po teorii będę już wyluzowany i świeży jak skowronek, ale jednak tak się nie stało. Wszystkie uczucia negatywne pozostały nawet po ogłoszeniu listy osób, które mogą iść do domu – nas na tej liście nie było 🙂

Po zdaniu teorii byłem (co dziwne) jeszcze bardziej zestresowany, zziębnięty, głodny i w dodatku trzęsły mi się ręce.

Teraz oczekiwanie na pistolet. Kolejka była niejasna i trochę się wyczekaliśmy, ale w końcu nasza kolej – wchodzimy, pan prowadzący wyjaśnił nam zasady, kiedy ładujemy, kiedy rozładowujemy i tym podobne, życzył powodzenia i żeby cała grupa tym razem zdała (podobno udało się to dotychczas tylko jednej piątce). Byłem chyba najbardziej odważny z naszej garstki i pierwszy ustawiłem się na stanowisku numer jeden. Komenda „ładuj” i już ładuję swoje 5 nabojów .22 LR do Margolina, którego nie miałem w rękach. Komenda „start” i już słyszę pierwsze strzały. Podnoszę pistolet oburącz i widzę, jak koniec lufy drga nerwowo. Opuszczam ramiona – mam 6 minut i nie obchodzi mnie, że niektórzy już prawie kończą. Jeszcze raz do góry i… zbyt szybki strzał, ale już wiem, że spust jest jeszcze bardziej delikatny niż w Margolinach, z których strzelałem dotąd. Powtórka – tym razem wiedziałem już kiedy padnie strzał i mogłem już pewniej kontynuować. Gdy wszyscy skończyli, padła komenda „rozładuj”, nastąpiło sprawdzenie broni i można było obejrzeć tarcze. Gdy się do mnie zbliżała widziałem już, że jest nieźle. Nie było to skupienie bardzo dobre, ale dość przyzwoite jak na takiego amatora jak ja i prowadzący nie musiał nawet przykładać kółka bo widać było cztery przestrzeliny całkiem blisko siebie. Pierwszy strzał był zbyt nagły i dość odległy.  Tak więc pierwsze koty za płoty – mam już patent 🙂

Po zdaniu pistoletu stres zszedł bardzo ładnie, ale zziębnięcie i głód sprawiły, że zacząłem się trząść cały. Gdybym wiedział, ubrałbym się dużo cieplej i wziął termos z herbatą…

Teraz karabin.
Dotychczas strzelałem z KBKS tylko na krytej osi na dystansie 25 metrów. Karabiny klubowe miały muszkę i szczerbinkę i udawało mi się dość ładnie strzelać, ale na egzaminie odległość wynosiła 50 metrów z pozycji leżącej, której nigdy nie ćwiczyłem. Moje stopy były zziębnięte, ręce też, cały drżałem i nie wyobrażałem sobie pozytywnego zdania tej konkurencji, ale okazało się, że użyte karabiny miały inny system celowania – dwa przezierniki, które wystarczyło zgrać z sobą i tarczą na raz. Dostałem swoje pięć nabojów, oddałem pięć strzałów jako pierwszy i poszedłem z prowadzącym zmienić tarcze. Moja była trzecia z kolei i tym razem prowadzący musiał wziąć przymiar do sprawdzania – okazało się, że 4 przestrzeliny zmieściły się w 5 centymetrach, więc kolejna wiktoria 🙂

Po zdaniu karabinu byłem już cały w skowronkach i pomyślałem sobie, że może warto spróbować sił w strzelbie. Dochodziły mnie słuchy, że nie strzela się do rzutek, a do „celów reaktywnych” i jest to bardzo łatwe. Skoro powiedziało się A, trzeba powiedzieć i B więc mimo, że nie przewidywałem zdawania w kategorii broni gładkolufowej, poszedłem i tam. I rzeczywiście – najtrudniejsze z tej części było poprawne załadowanie broni 🙂 Sam proces oddawania strzałów do tarczy wysokości ca. metra z odległości 15 metrów, to już banał i chyba nikt tego nie oblał. Więc to już – wykonałem 150% normy, a jeszcze wczoraj martwiłem się, czy zdam teorię 🙂

Jak widać, cała trudność egzaminu z mojej perspektywy opierała się na stresie i zimnie. Do teorii można się było dobrze przygotować bazując na dostępnych materiałach, a strzelanie też nie jest specjalnie trudne, jednak warunki egzaminacyjne robiły swoje. Ja uczyłem się przez około miesiąc po średnio 25 minut dziennie i z perspektywy czasu widzę, że dało to dobre wyniki dzięki którym teoria naprawdę nie była trudna. Wystrzelałem też około 600 naboi małego kalibru, głównie z Margolina i na treningach każda seria mieściła się w zadanym kole o średnicy 15 centymetrów. Warto było się dobrze przygotować bo nagroda solidnie zrekompensowała stracony czas. Stracony, bo przecież znajomość UoBiA do niczego mi się nie przyda, a i tak za chwilę zapomnę jej treść.

Tyle w temacie, w razie pytań piszcie.